Komputer znajduje się już w większości gospodarstw domowych. Coraz więcej osób korzysta z niego i to już nie tylko po to, by obejrzeć film, posłuchać muzyki, skorzystać z możliwości dostępu do sieci internetowej. Dla sporego grona osób komputer to po prostu narzędzie pracy, bez którego trudno wyobrazić sobie wykonywanie zadań. Bo jak na przykład dziennikarz radiowy ma zmontować materiał nagrany na dyktafonie i stworzyć z niego audycję, jeśli nie przy pomocy komputera? Jak bankowiec ma poradzić sobie z wszystkimi cyframi, saldami, debetami, jeżeli nie może pracować w odpowiednim systemie? Owszem, kiedyś dawano sobie radę, ale teraz rozwój techniki generuje też zmianę narzędzi pracy.
Kto pracuje z komputerem?
Jeszcze kilka lat temu komputer kojarzył się nam z narzędziem pracy bankowców, księgowych, informatyków, ewentualnie dziennikarzy. Teraz sprzęt ten znajduje się w większości przedsiębiorstw, na większości stanowisk pracowniczych. Rozwój techniki powoduje, że coraz więcej danych, dokumentów, rejestrów tworzymy właśnie w pamięci komputera, a nie na standardowych kartkach wpinanych w układające się później stertami teczki i segregatory. Obecnie na komputerze pracuje nie tylko księgowy, który w specjalnych programach przelicza kapitał, jakim dysponuje. Komputer nie jest też charakterystycznym sprzętem tylko dla ludzi pracujących w banku.
Wraz z rozwojem technologicznym i technicznym komputeryzacja „wchodzi” do urzędów. Tworzy się elektroniczne bazy danych, elektroniczne dokumenty. Także uczelnie wyższe prowadzą rekrutację na poszczególne kierunki studiów drogą internetowej rejestracji. W kwestii używania w pracy komputerów „doszkolić się” musieli także pracownicy bibliotek, nauczyciele, urzędnicy.
Po co komputer w pracy?
Czy rzeczywiście taka komputeryzacja wszystkich praktycznie sfer zawodowych ma jakikolwiek sens? Może jest tylko utrudnieniem, a żadnego ułatwienia raczej nie niesie? Jak zwykle stanowisk w tej kwestii jest wiele i opinie są podzielone. Negatywnie nastawieni do używania komputerów w pracy twierdzą, że jest to proces czasochłonny, wymagający doszkoleń i kursów, powodujący o wiele więcej utrudnień niż ułatwień. Zwolennicy pracy z komputerem twierdzą, że dzięki temu zyskują więcej czasu, pracują szybciej i wydajniej, a i praca staje się łatwiejsza.
Zawód dziennikarza postrzegany jest różnie. Jedni uważają, że dziennikarzem może być każdy. Dla innych zawód ten to pewnego rodzaju misja, do której potrzeba nie tylko odpowiedniego wykształcenia, ale też kompetencji. Jeszcze inni utrzymują, że nie ważne, kto pisze czy rozmawia i prowadzi audycję, lecz ważne, jak to robi, dla jakiego grona odbiorców, a także z jakim skutkiem.
Dla kogo dziennikarstwo?
Abstrahując od kwestii wykształcenia i problemu, czy osoba zajmująca się dziennikarstwem powinna skończyć odpowiednie studia, należy zastanowić się nad cechami charakteru, jakie człowiek pretendujący do bycia dziennikarzem powinien posiadać.
Dziennikarz przede wszystkim rozmawia. Czasem są to rozmowy łatwe i przyjemne, a innym razem niezwykle trudne, sprawiające ból, powodujące rozdrażnienie. Żeby umieć je skutecznie przeprowadzić, potrzeba nie tylko otwartości, ale też dużo cierpliwości i umiejętności słuchania. Liczą się też kreatywność, szybkość w poszukiwaniu i zdobywaniu informacji, spostrzegawczość.
Po co być dziennikarzem?
Dziennikarz to swego rodzaju zawód społeczny. Człowiek wykonujący taki fach ma za zadanie informowanie społeczeństwa, przekazywanie wiadomości, bycie na bieżąco. Trzeba zatem nie tylko orientować się w tym, co się dzieje, mieć wprost żelazne nerwy i umieć przystosować się do każdej sytuacji. Ważne są tutaj także otwartość, konkretność, umiejętność zwięzłego, jasnego formułowania myśli.
Dziennikarz kiedyś i teraz
Kiedyś zawód dziennikarza kojarzono z pisaniem artykułów, przeprowadzaniem wywiadów nagrywanych na dyktafon, prowadzeniem wiadomości telewizyjnych. Teraz praca taka wygląda zdecydowanie inaczej. Dziennikarz, owszem, nadal powinien perfekcyjnie orientować się w jednej dziedzinie i wiedzieć wiele w innych, ale musi też wyrobić w sobie umiejętność szybkiego i wielostronnego działania. Teraz nie wystarczy już tylko pisać albo tylko rozmawiać. Trzeba umieć wykorzystywać Internet, telefony komórkowe, tablety i wszelkiego typu urządzenia ułatwiające kontakt i komunikację. Ważne też jest utrzymywanie sieci kontaktów i zdolność do szybkiego formułowania i przekazywania komunikatów.
A wszystko to, by odbiorca w ekspresowym właściwie tempie dostał jak najbardziej rzetelną i aktualną informację.
Tego typu pytanie zadaje sobie zapewne każda z osób zajmujących kierownicze stanowiska. Trzeba przecież zdecydować się na taką strategię, która pozwoli nie tylko efektywnie zarządzać zadaniami i ich wykonywaniem, ale też nie zniechęci pracowników, wzbudzając w nich ciągły niepokój i strach.
Typy zarządzania
Przedsiębiorstwem można zarządzać biernie. Jest to jeden z gorszych sposobów. Polega bowiem na tym, że właściwie, kolokwialnie mówiąc, „każdy sobie”. Przełożony nie bardzo interesuje się i pracownikami, i sposobem wykonywanych przez nich działań, w związku z czym o jakości produktów czy usług takiej instytucji chyba nie trzeba dyskutować.
Kierować przedsiębiorstwem można też na zasadzie domu wczasowego. Ta praktyka jednak również się nie sprawdza Chodzi w niej o to, że uwagę przywiązuje się tylko do tego, by pracownik był zadowolony, a na zadania i ich wykonywanie właściwie w ogóle nie zwraca się uwagi. Taki styl zarządzania prowadzi w końcu do tego, że po jakimś czasie zatrudniony nudzi się całą tą sytuacją. Nie czuje odpowiedzialności za wykonywane zadania, jaka powinna spoczywać na nim. W wyniku tego kompletnie przestaje przykładać się do pracy, a i sam „dusi się” w zakładzie pracy, gdzie raczej stawia się na rozrywkę.
Niezbyt preferowaną formą jest też ukierunkowanie tylko na zadania przy całkowitym pominięciu pracowników. Co prawda, osiąga się wtedy największą wydajność i produktywność, ale dochodzi się do tego kosztem zatrudnionych, którzy z czasem mogą po prostu zacząć z przedsiębiorstwa odchodzić.
Czy można zatem znaleźć jakiś „złoty środek”, czyi taki system zarządzania, który wypośrodkuje wszystkie metody tak, by osiągnąć konsensus pomiędzy ukierunkowaniem na zadania a relacjami z zatrudnionymi? Owszem.
Zarządzanie demokratyczne
Ten styl łączy w sobie i skierowanie uwagi na zadania, i pamięć o dobru pracowników. Dzięki jego stosowaniu osiąga się najlepsze wyniki, gdyż zadania i obowiązki wykonane są sprawnie, dokładnie i właściwie, a pracownicy czują satysfakcję i zadowolenie z wykonywanej pracy. Oczywiście, wypracowanie takiego modelu wymaga wysiłku i zaangażowania tak zatrudniających, jak i zatrudnionych, ale efekty pokazują, że naprawdę opłaca się.
Pytanie rodem z różnego rodzaju „gazetowych testów”? Niekoniecznie. Czasem pojawia się podczas rozmów kwalifikacyjnych albo w testach oceniających nasze predyspozycje zawodowe. Dlaczego? Bo przecież chyba każdy z nas zauważa, że o takich godzinach pracuje nam się lepiej, o innych gorzej. Normalne jest też to, że bardziej wydajni jesteśmy na początku tygodnia niż na końcu albo i odwrotnie. Warto się nad tym zastanowić, gdyż, weryfikując takie kwestie, można bez problemu określić, w których godzinach będziemy najaktywniejszymi pracownikami, a w jakich zdecydowanie bardziej wskazane będzie, byśmy zajmowali się rzeczami i zadaniami „lżejszymi”. Nie oznacza to oczywiście, że pozostały czas pracy wolno nam „odpuścić”. Trzeba po prostu efektywnie wykorzystać wiedzę o samym sobie i przemienić ją w charakterystyczny, lecz niezwykle cenny atut.
Największa efektywność pracownika
Zależnie od czynników psychologicznych, fizjologicznych, a także zewnętrznych, najbardziej efektywni jako pracownicy możemy być w różnych porach dnia. Jednemu z nas lepiej pracuje się od rana, inny preferuje godziny południowe lub popołudniowe, a jeszcze inny – wieczór lub nawet późne godziny nocne. W tym też czasie powinniśmy wykonywać zadania najtrudniejsze, wymagające największego skupienia, koncentracji. Wtedy natomiast, gdy nasza efektywność i wydajność spadają, możemy zająć się działaniami, do których potrzeba zdecydowanie mniej wysiłku albo takimi, których wykonanie nie jest priorytetowe.
Jak „wspomóc” swoją efektywność?
Kiedy już zorientujemy się, w jakich porach najlepiej pracujemy, a w jakich zdecydowanie gorzej, możemy swoją efektywność „wspomagać” i sprawiać, by była jeszcze lepsza. Pamiętajmy o przerwach, dotlenianiu się, jedzeniu. Owszem, warto maksymalnie wykorzystać czas największej „przydatności do pracy”, ale nie ma sensu przeforsowywać się i działać ponad siły, gdyż wtedy uzyskamy efekt odwrotny, a przecież kompletnie nie o to chodzi. Możemy poporcjować materiał, jaki trzeba wykonać. Warto też dokonać weryfikacji i selekcji zadań, by wiedzieć, które należy wykonać w czasie największej efektywności, a które będą wymagały od nas zdecydowanie mniejszego zaangażowania.
Nie trzeba chyba tłumaczyć, że na dobrego pracownika trzeba sobie, kolokwialnie mówiąc, zapracować. To, że pracodawca będzie próbował motywować strachem (jeśli to w ogóle jest jakąś motywacją) albo uzna, że wystarczy co jakiś czas dodać parę złotych do pensji, nie znaczy, że pracownik będzie usatysfakcjonowany i zadowolony z pracy. Liczą się w końcu nie tylko podwyżki zdobywane w wyniku lęku przed źle wykonaną pracą, ale też atmosfera w miejscu zatrudnienia, podejście przełożonego do pracowników, wpływ wzajemnych relacji na wykonywanie zadań i obowiązków.
Nie wyrzucać starszych, dawać szansę młodszym
Pozornie postulat ten wydaje się mało prawdopodobny w realizacji. Bo po co jednocześnie zatrzymywać sprawdzonych pracowników i przyjmować młodych absolwentów? Chociażby po to, żeby zatrzymać wypracowane już doświadczenie i połączyć je z nowym spojrzeniem oraz twórczymi pomysłami i świeżą wiedzą. Wiadomo, że osoba pracująca w danym przedsiębiorstwie już jakiś czas, jest wdrożona w swoje obowiązki, wie, co i jak robić, w jaki sposób rozłożyć wykonywanie zadań. Charakteryzuje ją też na pewno lojalność wobec zakładu pracy.
Zatrudnienie nowego pracownika na pewno niesie za sobą koszty szkoleń i kursów przygotowujących do wykonywania odpowiednich zadań. Zyskujemy jednak nowe spojrzenie na niektóre sprawy. Otrzymujemy także cały wachlarz nowych pomysłów. Nierzadko też absolwenci uczelni wyższych posiadają nie tylko tytuł magistra czy inżyniera, ale też sporo dodatkowych kursów i zawodowych i tych poświęconych językom obcym.
Naprzeciw młodym mamom
Niektórzy przełożeni na dźwięk hasła „małe dziecko” albo „urlop macierzyński” mają ochotę od razu zamachać przed nosem kobiety zwolnieniem. Czy to jednak ma sens? Każda kobieta ma przecież prawo do rodziny i dzieci, a zwalnianie jej z pracy z tego powodu jest zwykłą dyskryminacją. Zdecydowanie więcej zyskamy, gdy zamiast wypowiedzenia zaproponujemy mamie elastyczny czas pracy, możliwość wykonywania części obowiązków w domu i inne tego typu rozwiązania. Nie tylko nie stracimy wtedy dobrej pracownicy, ale jeszcze dodatkowo zyskamy większe jej zaufanie i zbudujemy mocniejszą więź z przedsiębiorstwem, które wychodzi naprzeciw potrzebom zatrudnianych osób.
Niedawno na rynku pracy pojawił się nowy, bardzo nietypowy zawód. Niewymagający, wręcz przyjemny, a w dodatku – świetnie płatny. Dobry dowcip? Nie, to realna praca. A w dodatku – bardzo dobra forma reklamy dla pracodawcy. Mowa oczywiście o zawodzie testera.
Co można testować?
Tester może zajmować się dosłownie każdym produktem, dotychczas pojawiały się takie oferty jak tester wody, albo – w wersji ostrzejszej – wódki, tester łóżek czy wycieczek zagranicznych. Można testować też sprzęt elektroniczny czy samochody – pomysłowość producentów (a wraz z nimi – marketingowców) - nie zna granic. Ogromne zainteresowanie wzbudzają szczególnie oferty pracy jako tester produktów luksusowych, choć i zwykła woda zgromadziła sporo kandydatów na stanowisko „wypróbywacza”. Większość ludzi, czytając takie ogłoszenia o pracy zastanawia się, gdzie jest haczyk. No właśnie, gdzie?
Wady pracy testera
Przede wszystkim, wadą będzie z pewnością specyficzny tryb pracy. Nigdy nie jest to praca na stałe, zawsze umowa opiewa określony czas, przez który przestestować należy odpowiednią ilość produktów czy usług. Dodatkowo, ten okres pracy jest bardzo intensywny. W wielu przypadkach trzeba podróżować dużo, co może i jest przyjemne, ale na dłuższą metę – na pewno wyczerpujące i męczące. Zdarza się czasem tak, że taka praca, która byc równocześnie przygodą – prowadzi właśnie do jakiejś, niekoniecznie miłej przygody. Jakby na to nie patrzeć, w niejednokrotnie zadania stawiane testerowi są ekstremalne. Tester wódki powinien więc uważać, by nie przyłożyć się do pracy za bardzo i testując zbyt duże jej ilości – nie zaszkodzić wątrobie. Tester egzotycznych wycieczek też musi mieć się na baczności – uważać na jadowite zwierzęta czy egzotyczne wirusy. Przesada? Niekoniecznie. Tester, albo może raczej opiekun egzotycznej wyspy (tak, stworzono w ramach akcji promocyjnej taki zawód), o mało nie przypłacił swojej pracy życiem.
Kto nadaje się na testera?
Zdecydowanie na pierwszy plan wybijają się jednak zalety takiej pracy. Życiowa przygoda, interesująca, nie wymagająca wielkiej wiedzy, a do tego znakomicie płatna praca. Kto ma więc szanse, aby zostać testerem? Jakie trzeba mieć umiejętności, wykształcenie i doświadczenie? Otóż, w tym zawodzie regułą jest brak jednej reguły, określającej dobrego testera. Wszystko zależy od danej firmy i od tego, jakiego człowieka porzebuje do swojej kampanii. Bo nie ma co się oszukiwać, głównym celem zatrudniania osób na tego typu stanowiskach jest właśnie promocja firmy. Rekrutacja na takie stanowiska jest więc wieloetapowa, nagłośniona przez media, których zainteresowanie zazwyczaj nie kończy się na wyborze odpowiedniego kandydata, ale rozgłos towarzyszy całej akcji dalej, także na drodze zawodowej. Czasem atutem jest obeznanie w danej dziedzinie, wykształcenie i doświadczenie (na przykład tester wody musiał posiadać znajomość chemii oraz wyczulone zmysły węchu i smaku), innym razem – pożądeny jest właśnie całkowity jego brak i niezwiązanie zawodowe z daną dziedziną (choćby w przypadku testera wycieczek).
Tego typu pytania stawia sobie pewnie wielu z nas. I to wcale nie dlatego, że wynagrodzenie jest tak duże, że aż trudno podjąć decyzję, co z nim zrobić. Wprost przeciwnie – realia są takie, iż przeciętny pracownik ma czasem trudności z takim rozdysponowaniem zarobionych pieniędzy, by bez problemu starczyło na wszystko.
Gospodarnie…
O gospodarności czasem trudno mówić, gdy na konto wpływa kilkaset złotych. Zawsze jednak należy ustalić priorytety, na które pieniądze trzeba wydać: jedzenie, rachunki, dzieci, my sami. Nieśmiertelne karteczki, na których zapisujemy wydatki, kwoty opłat, potrzebne produkty jedzeniowe i zapewne jeszcze wiele innych rzeczy. Takie zapisywanie i notowanie na pewno pomaga nie tylko w zapamiętaniu, co trzeba kupić lub zapłacić, ale też pozwala od razu zorientować się, czy brakuje nam pieniędzy czy może tym razem da się coś zaoszczędzić.
Odkładać?
Wiadomo, że oszczędności przydadzą się zawsze. Często jednak zwyczajnie nie możemy sobie na nie pozwolić, gdyż inne wydatki i wymagania finansowe uniemożliwiają nam odłożenie chociażby paru złotych. Jeżeli jednak taka opcja staje się dostępna, warto pomyśleć o lokacie, koncie oszczędnościowym albo po prostu pozostać przy starych metodach chowania „nadprogramowych” pieniędzy w „specjalnej” przegródce portfela lub w szafie z ubraniami. Zawsze przecież warto mieć jakieś „zaskórniaki”, które dołożymy do wyjazdu wakacyjnego albo zakupu wymarzonego sprzętu do domu.
Co, gdy zabraknie?
Nieprzewidziane wydatki, spore zakupy, święta, rodzinne uroczystości, remonty, zakup podręczników dla dzieci, choroba i wiele innych wydarzeń – wszystko to może spowodować, że nasze wynagrodzenie stanie się niewystarczające i gotówki zabraknie. Co wtedy? Można pomyśleć o wzięciu kredytu lub pożyczki. Zanim jednak podejmiemy tę decyzję, warto zastanowić się, czy nie warto tych chwilowych trudności przeczekać, zamiast brać na siebie dodatkowe zobowiązanie w postaci spłaty rat. Kredyt albo pożyczka, to, owszem,dobra opcja, ale niekoniecznie do załatania dziur finansowych. Brana na taki cel bowiem może nas jeszcze bardziej pogrążyć i sprawić, że wypłata zacznie rozchodzić się jeszcze szybciej niż do tej pory.
Dla większości nas standardem jest ustalony z góry czas pracy. W umowie o pracę otrzymujemy jasno i wyraźnie określone godziny pracy, a także ilość godzin i dni przepracowanych w tygodniu. W zasadzie jest to spory komfort: wiemy, ile mamy pracować, i rozkładamy sobie wykonywanie zadań tak, by ze wszystkim zdążyć. Gorzej, gdy nie uda się to i powstaną zaległości. Są jednak tacy ludzie, którzy sami wyznaczają swój czas pracy i realizują go według własnych zasad i reguł.
Uda się?
Wydawać się może, że taka forma realizacji pracowniczych obowiązków to czysta abstrakcja. Bo jak się zmobilizować, gdy nikt nie kontroluje? Jak rozłożyć zadania tak, by ze wszystkim zdążyć? Gdyby jednak bliżej przyjrzeć się takiemu systemowi, okazuje się on całkiem korzystny i godny nie tylko wykorzystania, ale także polecenia.
Trzeba przede wszystkim zauważyć, ze nigdy taki typ pracy nie przebiega bez kontroli ze strony zatrudniającej nas placówki. Najczęściej pracownicy realizujący we własnym zakresie czas pracy pozostają w stałym kontakcie z kierownikiem lub pracodawcą, by informować go o poziomie realizacji zadań i postępach w ich wykonywaniu. Poza tym, osoba pracująca w ten sposób ma świadomość, że od realizacji określonych działań zależy jej wynagrodzenie. Potrzeba jednak wiele samodyscypliny i dobrej organizacji czasu, by wszystkiemu w sposób efektywny i racjonalny sprostać.
Dla kogo?
Najczęściej z takiego samodzielnego ustalania czasu pracy korzystają kobiety, które mają małe dzieci, studenci albo osoby z ograniczoną sprawnością. Jest to dla niech wygodne, gdyż nie koliduje z obowiązkami macierzyńskimi czy uczelnianymi, ani z procesami leczniczo - zdrowotnymi. Niejednokrotnie też taki typ pracy umożliwia wykonywanie zadań w domu, co jest niewątpliwie dodatkowym atutem.
Warto próbować
Jeśli pojawia się konieczność lub możliwość ustalania pracy według indywidualnych możliwości czasowych, warto z niej skorzystać. Często jest alternatywą dla całkowitego porzucenia zatrudnienia. Korzystnie też wpływa na samorealizację i wyrabianie pracowniczej odpowiedzialności oraz solidności.
Zarządzać chciałby każdy z nas, ale nie każdy ma do tego predyspozycje. Zarządzanie pracownikami natomiast to proces niezwykle odpowiedzialny, długi i trudny, do którego realizacji potrzeba nie tylko podbudowy merytorycznej, ale przede wszystkim doświadczenia, kreatywności i pomysłowości.
Pierwsze kroki
Na początku powinien być plan. Musimy zastanowić się, jakich pracowników chcemy zatrudnić, kogo nam potrzeba, jakie umiejętności staną się cenione i poszukiwane. Jeśli mamy już podwładnych, warto sprawdzić, czy nie korzystniej będzie, gdy przeniesiemy jakiegoś pracownika do innego działu, położymy nacisk na jego konkretne umiejętności, wyślemy go na szkolenie.
Gdy już ustalimy, jakiej siły potrzebujemy, trzeba przeprowadzić rozmowy kwalifikacyjne. Jak wiadomo, jest to proces dość kosztowny i czasochłonny, stąd największa selekcja powinna odbyć się przy przeglądaniu CV. Dobrze, gdy zaowocuje ona wyłonieniem kandydatów najbardziej adekwatnych i pożądanych.
Nowych pracowników trzeba wdrożyć w obowiązki. Konieczne zatem okaże się przygotowanie szkoleń, kursów, a może nawet ustanowienie kogoś w rodzaju opiekuna. Nie można jednak rezygnować z tego kroku, gdyż później konsekwencje błędów będzie ponosił nie tylko ów pracownik, ale całe przedsiębiorstwo.
Postępowanie dalsze
Niezwykle istotnym elementem jest opracowanie i zapoznanie podwładnych ze ścieżką rozwoju zawodowego. Każdy ma przecież prawo do doskonalenia własnych umiejętności, uczestnictwa w szkoleniach, podnoszenia kwalifikacji. Wypada też ustalić zasady awansów i podwyżek.
Żeby zobaczyć efekty pracy zatrudnianych osób, konieczne jest dokonywanie ocen, które pozwolą nie tylko wykryć braki, ale przede wszystkim dadzą możliwość zauważenia rozwoju pracowników.
Kolejna ważna rzecz, o której trzeba pamiętać i której nie należy pomijać, to organizowanie szkoleń i umożliwianie dostępu do nich. Owszem, wymaga to odpowiednich nakładów finansowych, ale trzeba brać pod uwagę to, że dobrze przeprowadzone szkolenie korzystnie wpłynie na rozwój zawodowy zatrudnionych, a poznane tam nowe techniki i sposoby wykonywania obowiązków na pewno znajdą odzwierciedlenie w pracy.
Poza tym, szkolenia, nagrody, firmowe spotkania, premie, awanse, podwyżki i wiele innych czynników, to sposoby motywowania i nagradzania podwładnych, które zapewne zyskają uznanie i przyczynią się do efektywniejszego wykonywania zadań.
Nie ma co ukrywać, że rozmowa kwalifikacyjna to zadanie niezwykle trudne i stresujące. Czasem nawet strach i niechęć do pewnego rodzaju promowania i reklamowania siebie mogą sprawić, że osoba o doskonałym przygotowaniu merytorycznym i praktycznym nie dostanie wymarzonej pracy, bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej „zje” ją stres. Dlatego też już na samym początku warto uświadomić sobie, ze potencjalny pracodawca może czasem zadać dziwne pytania, z których musimy w sposób satysfakcjonujący wybrnąć.
Pytania pozornie nie na temat
Panuje przekonanie, że osobę przeprowadzającą rozmowę o pracę będzie interesowało wykształcenie kandydata, jego doświadczenie, posiadane umiejętności. Czasem jednak potencjalny zatrudniający może spytać o nasze zainteresowania albo o to, czy lubimy chodzić do kina. W żadnym razie ie ma to na celu skompromitowania nas, ani też nie świadczy o braku kompetencji ze strony osoby „przepytującej”. Chodzi raczej o to, że nasze zainteresowania zarysowują w pewien sposób naszą sylwetkę i pokazują pewne cechy charakteru. Grac w szachy będą lubili ludzie raczej spokojni, zrównoważeni, opanowani. Z pasją o górskich wyprawach albo popołudniach spędzanych na ściance wspinaczkowej opowie człowiek lubiący wyzwania, potrafiący działać w stresie.
„Dziecinne” zadania
„Proszę sobie wyobrazić, że zatrudniający panią/pana dział naszej firmy oddelegowuje panią/pana do pracy na bezludnej wyspie – jaki element konieczny do pracy zabrałaby pani/ zabrałby pan ze sobą?” „Jakim zwierzęciem chciałabyś/ chciałbyś być?” „Masz 3 min na wyjaśnienie swoim podwładnym, że przez najbliższe 3 lata nie ma szans na podwyżki płac. Jakie argumenty stosujesz?” To tylko niektóre z przykładowych „dziwnych” poleceń i zadań. Być może niektórzy z nas zostali kiedyś poproszeni o wykonanie takiego polecenia. Tutaj także nie ma niczego ośmieszającego i mającego na celu „skreślenie” kandydata. Chodzi o sprawdzenie naszej kreatywności, poczucia dystansu do siebie, pomysłowości, zdolności planistycznych czy negocjacyjnych.
Podjąć wyzwanie
Chociaż czasem takie pytania czy zadania wydają nam się pozbawione sensu albo wręcz głupie, trzeba uświadomić sobie, że tak naprawdę kryje się w nich pewien cel odkrycia naszej osoby, który może okazać się kartą przetargową w grze o wymarzone stanowisko pracy.