Niestety, nie minęły jeszcze czasy, kiedy to młode mamy wracają do pracy po urlopie macierzyńskim z pewnym lękiem. Bo co, jeśli na „dzień dobry” będzie czekało wypowiedzenie umowy o pracę? Albo jeżeli nie zgodzi się na zmniejszenie wymiaru czasu pracy? Okazuje się, że te obawy są bezpodstawne, gdyż prawo pracy chroni młode mamy.
Zmniejszenie czasu pracy
Chyba każda mama chce spędzać ze swoim dzieckiem jak najwięcej czasu. Do pracy jednak też trzeba wrócić. Powstaje zatem dylemat, jak te dwie kwestie pogodzić. Zgodnie z tym, co statuuje kodeks pracy, młoda mama, najpóźniej na dwa tygodnie przed powrotem do pracy po urlopie macierzyńskim, może złożyć do pracodawcy wniosek o obniżenie wymiaru czasu pracy. Zatrudniający musi ten wniosek zaakceptować wyrazić na niego zgodę, gdyż taki jest wymóg prawny. Istnieje jednak jeden warunek: czas pracy nie może być niższy niż pół etatu.
Inne udogodnienia
Młodym mamom przysługują też inne udogodnienia. Mogą wnioskować na przykład o dodatkową przerwę na karmienie dziecka albo o zmianę godzin pracy. Mogą też prosić o bardziej elastyczny czas pracy lub o zgodę na wykonywanie części zadań w domu, jeśli specyfika obowiązków na to pozwala.
Każdemu łatwiej zająć się czymś, co go interesuje i w jakiś sposób „wciąga”. Stąd też zdecydowanie lepiej powierzać pracownikom takie zadania, które w jakiś sposób odpowiadają nie tylko ich kwalifikacjom, ale też zainteresowaniom. Owszem, jest to trudne – pracownika zatrudnia się przecież po to, by realizować zadania i wykonywać swoje obowiązki, ale czasem zaangażowanie może istotnie wpłynąć na sposób i tempo wykonania poleceń.
Lepiej i szybciej
Jeśli coś nas interesuje, szybciej się tym zajmiemy. Staranniej i dokładniej wykonamy też nasze zadanie. Będziemy bowiem zajmować się tym, co w jakiś sposób lubimy, a to sprawi, że dane zadanie nie będzie dla nas męczące.
Dlaczego warto brać pod uwagę zainteresowania pracownika?
Owszem, nie zawsze można sobie pozwolić na branie tego kryterium pod uwagę, ale jeśli jest taka możliwość, na pewno warto. Zwiększy się bowiem wtedy zaangażowanie pracownika oraz jego wydajność. To natomiast korzystnie wpłynie na rozwój poszczególnych pionów przedsiębiorstwa oraz przebieg procesu pracy.
Wydawać by się mogło, że to, jak postrzegamy siebie i co o sobie myślimy, nie ma żadnego wpływu na nasze osiągnięcia zawodowe. Okazuje się jednak, że wprost przeciwnie: nasza samoocena dość istotnie wpływa na to, jakie efekty przynosi wykonywana przez nas praca.
Gdy dobrze znamy swoją wartość
Takim typom osobowościowym chyba najłatwiej. Potrafią przyjmować pochwały z przekonaniem, że po prostu należą się im one za wkład i zaangażowanie w dane zadanie. Są też otwarte na krytykę i potrafią wyciągnąć wnioski z usłyszanych uwag. Wiedzą, na ile je stać i podejmują działania na miarę swoich możliwości. Ambitnie podchodzą do każdego zadania i na ogół są pewne osiągnięcia zaplanowanego celu.
Niska samoocena
Przekonanie o tym, że na pewno nam się nie uda sprostać wymaganiom pracodawcy, a jeśli nawet, to będzie to przypadek i zwykłe szczęście. Takie nastawienie powoduje, że podchodzimy do naszych zadań z przymusem i bez przekonania. Każdą pochwałę traktujemy z dystansem i dopatrujemy się w niej ironii. Jesteśmy przekonani, że i tak wykonamy powierzone obowiązki niedostatecznie, więc z czasem przestajemy się nawet starać.
Powstaje zatem pytanie, po co w tak negatywny sposób do wszystkiego podchodzić?
Wystarczy choć trochę optymizmu, który pozytywnie wpłynie nie tylko na naszą pracę, ale też zapewne na życie prywatne.
Koniec roku to nie tylko czas bilansów i rozliczeń, ale też swego rodzaju nagród dla zatrudnionych osób. Grudzień to czas Świąt, a już swego rodzaju tradycją, choć regulowaną prawnie, stało się „obdarowywanie” pracowników tzw. „trzynastką”, paczkami, bonami, premiami.
Co może „sprezentować” zatrudniający?
Najbardziej popularną formą są chyba bony, zwane inaczej talonami. Otrzymujący je pracownik otrzymuje taką ważną kilka miesięcy „karteczkę” i sam może zdecydować, co kupić, choć czasem powstaje ograniczenie wymagające dokonywania zakupów w konkretnych sieciach sklepów. Poza tym trzeba też liczyć się z tym, że wartość takich bonów doliczana jest do pensji, w wyniku czego należy odprowadzić od nich podatek.
Kolejnym sposobem nagrodzenia jest premia, która przysługuje każdemu pracownikowi spełniającemu wymagania ustalone w regulaminie danego zakładu pracy.
Pracodawca może też przygotować paczki dla pracowników i ich rodzin.
Popularna jest również tak zwana „trzynastka”, czyli 13. pensja zapewniona pracownikom budżetówki.
Ostatnio coraz bardziej upowszechnianą formą jest organizowanie świątecznych imprez dla pracowników.
Co korzystniejsze?
Na ogół to pracodawca decyduje, jaką formę „nagrody” na koniec roku wybierze. Pracownicy są oczywiście o tym poinformowani, chociażby w regulaminie pracy. Żadna z wymienionych form jednak nie przyniesie negatywnych skutków. Jedynym minusem jest to, że od niektórych trzeba odprowadzić podatek.
Czasem w pracy zdarza się sytuacja, w wyniku której decydujemy się na złożenie przeciwko pracodawcy pozwu w sądzie. Powodów ku temu może być wiele: od niesłusznego wypowiedzenia umowy o pracę przez niewypłacanie wynagrodzenia po mobbing. Bywa jednak tak, że sytuacja zmienia się i postanawiamy taki pozew wycofać. Powstaje jednak pytanie, czy jest to możliwe?
Jak wycofać pozew?
Sytuacja taka oczywiście jest możliwa. Bez żadnego problemu można wycofać pozew aż do momentu rozprawy. Gdy jednak chcielibyśmy wycofać ów pozew dopiero na rozprawie, owszem, jest to również możliwe, ale wtedy powstaje warunek: pozwany przez nas pracodawca musi wyrazić zgodę na wycofanie złożonego przeciwko niemu pozwu. Zrzeczenie pozwu może nastąpić pisemnie lub ustnie. Pierwsza opcja jest dopuszczalna, gdy chcemy wycofać powództwo jeszcze przed terminem rozprawy. Drugą stosuje się, gdy powód decyduje się na wycofanie pozwu w trakcie rozprawy.
Konsekwencje
Wycofanie pozwu wynikające ze zmiany sytuacji powodującej jego wniesienie, owszem, pozwala na uniknięcie całej procedury procesowej i dochodzenia swoich roszczeń drogą sądową, ale trzeba się liczyć z tym, że może, choć oczywiście nie musi, spowodować inne konsekwencje. Pracodawca bowiem ma prawo zażądać zwrotu kosztów poniesionych z tytułu wynajęcia pełnomocnika.
By uniknąć niepotrzebnych scysji i sporów warto rozpocząć negocjacje dotyczące wycofania powództwa jeszcze przed rozprawą i załatwić całą kwestię ugodowo.
Każdy z nas chce pracy, która przyniesie satysfakcję i zawodową realizację. Chcemy zatem zdobyć odpowiednie wykształcenie, by móc wymarzoną pracę wykonywać. Często jednak nad nasze zawodowe marzenia przedkłada się praktyczność i dochodowość danej pracy. Poszukujemy więc swoistego „zawodu marzeń”, który będzie zarazem „zawodem przyszłości”.
Jaki kierunek obrać?
Często słyszy się deklaracje mówiące o naszych uzdolnieniach. Jeden postrzega siebie jako humanistę, inny jako zdeklarowanego „ścisłowca”. Swoje predyspozycje wykorzystujemy najczęściej, wybierając określone studia. Tutaj jednak pojawia się pierwszy dylemat: jakie wykształcenie jest bardziej opłacalne – techniczne czy humanistyczne. Pokutuje pogląd, iż wciąż za mało mamy techników, a za dużo humanistów, stąd pojawia się wiele prób przekonania absolwentów szkół średnich do wybierania kierunków politechnicznych. Czy jednak jest to rzeczywiście słuszne?
Zapotrzebowanie rynku
Na dobrą sprawę, rynek pracy potrzebuje ludzi wszechstronnych. Liczy się elastyczność i wiedza ogólna połączone ze szczegółową specjalizacją w jednej, konkretnej dziedzinie. Również pracownicy twierdzą, że zależy m na pracy, która nie tylko da im pewne, adekwatne do umiejętności i doświadczenia wynagrodzenie, ale też pozwoli w pełni wykorzystać posiadaną wiedzę. Zwraca się także uwagę na możliwość elastycznego „ustawienia” czasu pracy czy dopuszczalność realizacji części zadań w domu. Kobiety biorą pod uwagę również kwestie macierzyństwa i urlopu wychowawczego.
Jaka powinna być praca przyszłości?
Właściwie nie ma tutaj ustalonego szablonu. Dla każdego praca przyszłości będzie posiadała inne cechy. Będą one zależne od osobistych predyspozycji, indywidualnych wymagań, a także od konkretnych cech osobowościowych. Każdy sam tworzy własną wizję pracy marzeń, chociaż zapewne można wskazać cechy i elementy, które będą się pokrywać w wielu wyobrażeniach.
W pierwszej chwili chciałoby się rzec, że pracownik idealny, to taki, który całkowicie oddaje się pracy, jest w pełni dyspozycyjny, nie ma wygórowanych wymagań co do wynagrodzenia, szybko i sprawnie realizuje powierzone mu zadania. Okazuje się jednak, że taki obraz pracownika idealnego odchodzi już w zapomnienie. Zmieniają się standardy wykształcenia, zmienia się też kryterium doboru przyszłych zatrudnionych. Punkt ciężkości uwag przenosi się na inne priorytety.
Cechy pracownika marzeń
Osoby szukające zatrudnienia mają coraz wyższe wymagania wobec pracodawców. Nie każdego zadowoli obojętnie jaka praca za obojętnie jakie wynagrodzenie. Poprzeczkę stawiają wysoko już nie tylko pracodawcy, ale też pracownicy. Zatrudniający natomiast nie chcą robotów mechanicznie wykonujących swoje obowiązki, ale ludzi kreatywnych, otwartych, z twórczymi pomysłami i zapałem do pracy. Liczy się umiejętność współpracy, elastyczność, efektywność. Nie chodzi już o to, by siedzieć w miejscu pracy od rana do nocy, ale by pracować tak, żeby osiągnąć jak najlepszy efekt wykonywanych zadań. Coraz bardziej naturalne zatem jest dopuszczanie możliwości pracy w domu, czy pójście „na rękę” młodym mamom.
Wymagania wobec ideału
Kryteria i obowiązki najczęściej ustalane są wspólnie z przyszłym zatrudnionym. Uwzględnia się już nie tylko jego umiejętności, doświadczenia i predyspozycje, ale też indywidualne potrzeby i wymagania pracownika. Każdy pracodawca bowiem wie, że pracownik zadowolony i usatysfakcjonowany, to zarazem pracownik bardziej wydajny i efektywny w swoich działaniach.
Koniec roku to standardowo czas nie tylko bilansów, rozliczeń, podsumowań, rozrachunków, ale też wyprzedaży. Standardem już jest, że sprzedawcy obniżają ceny towarów, które „nie zeszły”, by, kolokwialnie mówiąc, pozbyć się zalegających półki produktów, i, co jest całkiem naturalne, również na tym zarobić. Pracownicy wszelkiego rodzaju sklepów, butików i centrów handlowych natomiast mają sporo pracy, by całą tę akcję wyprzedaży dobrze przeprowadzić.
Wyprzedażowy mechanizm
Pozornie wydaje się, że wystarczy parę spotów reklamowych, gazetek informacyjnych i już wszyscy ruszą do sklepów, a towar rozsprzeda się niczym świeże bułeczki. Musi być jednak ktoś, kto przygotuje te wszystkie reklamy, wyceni towar, no i wreszcie doradzi klientom, co najlepiej kupić, jakie parametry ma dany sprzęt czy która bluzka lepiej leży. Dla pracowników jest to zatem szczególnie „gorący” okres, bo ludzi w sklepach rzeczywiście przybywa – każdy chce okazyjnie nabyć parę rzeczy i jeszcze przy tym zaoszczędzić. Pracownik takiego sklepu natomiast musi być właściwe na każde zawołanie klienta, a czasem takich „zawołań” jest naprawdę sporo.
Spokój mimo wszystko
Ciągły tłok, wieczne kolejki do kasy, nieustające pytania klientów – wszystko to może zmęczyć i zestresować, a stąd już tylko krok do wybuchów złości i frustracji. Dobry handlowiec musi jednak umieć takie „wyskoki” opanować. Wymaga tego specyfika pracy i konieczność stałego kontaktu z klientami. Nikt nie chciałby przecież być obsługiwany przez „warczącego” ekspedienta. Nikt też nie chce wystawiać złego świadectwa swojemu miejscu pracy, a przecież o niekulturalnym zachowaniu pracownika zapewne natychmiast zostaną poinformowani przełożeni, którzy wyciągną odpowiednie konsekwencje. Nie ma zatem innego wyjścia, jak uzbrojenie się w cierpliwość, która zapewne pomoże przetrwać okres wyprzedaży.
Powoli na rynek pracy wkraczają młodzi absolwenci wyższych uczelni. Coraz więcej ludzi posiada teraz wyższe wykształcenie i każdemu zależy na tym, by później, po studiach, znaleźć pracę na miarę swoich kwalifikacji i wykształcenia. Nie zawsze się to udaje, ale też i samo nowe pokolenie pracowników jest dość wymagające i wysoko stawia poprzeczkę potencjalnym pracodawcom.
Coraz wyższe kwalifikacje, coraz większe wymagania
Kiedyś tytuł magistra przynależał tylko elicie społecznej. Teraz jest on już powszechny, a coraz większa liczba osób myśli o studiach doktorskich. Uczelnie zapewniają teraz możliwości praktyk, zagranicznych wymian, staży. Studenci natomiast chętnie z tego korzystają, by zdobywać jak najwięcej doświadczeń i uczyć się wykorzystywać wiedzę teoretyczną w praktyce. Biorąc pod uwagę te wszystkie „zasoby merytoryczne”, jakie zdobywają, chcą, by praca, którą podejmą, odpowiadała ich poziomowi wiedzy i wykształcenia, stąd też nie zadowala ich jakakolwiek posada.
Podejście do pracy
Wiele osób kończy teraz po dwa, a nawet trzy fakultety. Takie studiowanie kilku kierunków uczy dobrej organizacji i elastyczności, a te umiejętności przenoszone są później na grunt zawodowy, stąd też młodzi pracownicy otwarci są na innowacje, nowe technologie, zmienny czas pracy. Czasem postulują, by ich zadania były na tyle elastyczne, żeby móc je wykonywać nie tylko w pracy, ale też w domu. Nie uciekają przed wyjazdami zagranicznymi, chętnie uczestniczą w szkoleniach i kursach. Jest też takie grono osób, które chętnie pokazuje swoją wiedzę i dzieli się nią z innymi. „Nowym” pracownikom nie straszne też rzadko jeszcze stosowane techniki wykonywania zadań, typu praca w zespole. Na ogół też, oprócz standardowych kwalifikacji wymaganych do zatrudnienia na danym stanowisku, posiadają jeszcze inne, mniej lub bardziej nowatorskie, które mogą okazać się niezwykle przydatne przy wykonywaniu zawodowych obowiązków.
Zmiany, zmiany
Zmiany zachodzą wszędzie. Na rynku pracy również i nie da się tego uniknąć. Korzystniej zatem otworzyć się na nowych pracowników i ich pomysły, co okaże się zapewne praktyczne dla przedsiębiorstwa.
Mimo, że teoretycznie wszyscy posługujemy się jednym językiem ojczysty, funkcjonuje wiele jego odmian, stylizacji, gwar. Jedną z nich jest specyficzny język pracowniczy. Nie raz przecież zdarzyło nam się słyszeć zupełnie niezrozumiałe dla nas, a całkiem oczywiste dla ich użytkowników słowa, którymi posługują się lekarze, prawnicy, budowlańcy, handlowcy, bankowcy elektrycy, dziennikarze, nauczyciele, informatycy i wiele jeszcze innych grup zawodowych. U jednych ten język jest bardziej elastyczny, u innych mniej. Jednych da się zrozumieć, innych już zdecydowanie gorzej. Ważne jednak, że sami użytkownicy danych odmian języka pracowniczego doskonale się rozumieją i dogadują.
Aby się porozumieć
Naturalne jest, że przebywanie w danym środowisku, kontakt z określonym otoczeniem, zajmowanie się określoną dziedziną – wszystko to powoduje, że z czasem „łapiemy” i przejmujemy charakterystyczne dla tej społeczności nawyki, słowa, zwroty. Jasne jest, że jeśli mamy z czymś długą styczność, posługujemy się określonymi nazwami, słowami, zwrotami, to w końcu słownik ten na trwałe przechodzi do naszego języka i traktujemy go jako coś normalnego, naturalnego. Owszem, zdajemy sobie sprawę, że ktoś może na snie zrozumieć, ale dla nas jako użytkowników, nomenklatura, którą stosujemy jest doskonale znana i łatwiej użyć jej niż upowszechnionych w „standardowej polszczyźnie” określeń.
Zależnie od zawodu
Czasem bywa tak, że jedna rzecz ma wiele nazw, a jest to zależne od tego, kto o tej rzeczy mówi. Inaczej o skalpelu powie chirurg, a inaczej budowlaniec. Inaczej na temat swoich narzędzi pracy wypowie się drwal, a inaczej handlowiec. Inaczej powie o poszczególnych elementach komputera wykwalifikowany informatyk, a inaczej standardowy użytkownik.
Nie ma zatem sensu gorączkować się o niezrozumiały język profesjonalistów – taki to już przywilej zawodowy.