Nie od dziś wiadomo, że polskie społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie. Niski przyrost naturalny oraz wydłużenie się średniej długości życia sprawiają, że już niedługo będziemy musieli zastanowić się, skąd wziąć pieniądze na utrzymanie rosnącej rzeszy emerytów? Zgodnie z najczarniejszymi scenariuszami, za kilkadziesiąt lat stosunkowo niewielka ilość osób w wieku produkcyjnym będzie musiała pracować na utrzymanie emerytów, których liczba wciąż będzie się zwiększać. Czy rząd ma pomysł, co zrobić w tej sytuacji?
Jednym z rozwiązań może być plan wdrożenia finansowanego przez państwo programu 50+. Jego ideą jest zapobieganie zbyt wczesnemu przechodzeniu na emeryturę oraz aktywizacja zawodowa osób po pięćdziesiątym roku życia. Projekt ten jest traktowany bardzo poważnie, dlatego też jego realizacja została przewidziana już na styczeń przyszłego roku. Wszystko wskazuje na to, że nie zabraknie pieniędzy na przeprowadzenie projektu 50+, jednak ostateczna decyzja zapadnia w ciągu najbliższych kilku tygodni, ponieważ wtedy program trafi pod obrady Rady Ministrów.
Jakie praktyczne rozwiązania niesie za sobą realizacja programu 50+? Przede wszystkim osoby po 55 roku życia będą mogły liczyć na dofinansowywanie szkoleń zawodowych, które mają być dostosowane do wieku pracowników oraz sposobu i tempa nauki. Ponadto projekt rządu przewiduje również zmniejszenie kosztów pracy wspomnianej grupy osób.
Aktywizacja zawodowa ma obejmować nie tylko pracowników, ale również bezrobotnych i osoby niepełnosprawne, dla których świadczenia rentowe nie będą ograniczane z powodu podjęcia pracy.
Program 50+ skierowany jest w dużej mierze do kobiet po pięćdziesiątce, które rezygnują z kariery zawodowej na rzecz opieki nad wnukami. Politycy chcą, aby było dla nich możliwe połączenie pracy z życiem rodzinnym i w tym celu zamierzają ułatwić zakładanie przedszkoli i żłobków.
To nie jedyne profity płynące z wdrożenia programu – dla osób, które długo pozostaną aktywne zawodowo przewidziano wyższe emerytury. Zgromadzony przez pracownika kapitał będzie rósł najbardziej intensywnie pod koniec kariery zawodowej – pomiędzy 60. a 70. rokiem życia wartość przyszłej emerytury może wzrosnąć nawet o 60%.
Program, którego celem jest aktywizacja zawodowa osób po pięćdziesiątym roku życia jest niewątpliwie słuszną inicjatywą. Polska zajmuje bowiem przedostatnie miejsce w Europie pod względem zatrudnienia osób w wieku 55-64 lata. W dodatku wiek przechodzenia na emerytury jest w naszym kraju bardzo niski – w przypadku kobiet wynosi on 57 lat, a w przypadku mężczyzn nieco więcej, bo 62 lata. Dysproporcja ta wynika z tego, że kobiety po pięćdziesiątce rezygnują z kariery zawodowej szybciej od swoich kolegów, ponieważ przejmują na siebie więcej obowiązków rodzinnych związanych z opieką nad wnukami. Jeśli Program 50+ zostanie zaakceptowany przez Radę Ministrów może stać się szansą na zmianę tej sytuacji. Nie powinien być on jednak jedyną inicjatywą podejmowaną ze strony rządu, ponieważ poprzez wdrożenie jednego projektu nie uda się nam zażegnać kryzysu emerytalnego, wynikającego ze starzenia się społeczeństwa.
W odpowiedzi na zarzuty Komisji Europejskiej Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekt nowelizacji ustawy o czasie pracy kierowców w zakresie wpływu pracy nocnej na czas pracy kierowców. Przyjęto również dwie poprawki dotyczące prowadzenia oraz przechowywania dokumentacji czasu pracy. Zmiany zostały już zatwierdzone przez Sejm i niebawem trafią do Senatu. Czy nowelizacja ustawy znacząco wpłynie na pracę kierowców? I czy opracowany przez Ministerstwo Infrastruktury projekt jest pozbawiony wad? Na te pytanie spróbujemy dzisiaj odpowiedzieć.
Podstawowym założeniem nowelizacji ustawy jest wprowadzenie limitu 10 godzin pracy na dobę dla kierowców, którzy pracują w nocy. Przypomnijmy, że według obowiązującego jeszcze prawa, czas pracy zostaje skrócony do 10 godzin dopiero wtedy, gdy kierowca przepracuje 4 godziny w porze nocnej. W Polsce pora nocna zaczyna się od godziny 21.00 i trwa do 7.00 rano, a za pracę w tym czasie pracownikowi przysługuje dodatek do wynagrodzenia. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, będzie to oznaczało, że jeśli kierowca przepracuje choćby kilka pierwszych minut pory nocnej, jego czas pracy zostanie automatycznie skrócony do 10 godzin na dobę. Wprowadzono też zmiany w zakresie ustalania długości nieprzerwanego odpoczynku, który nie będzie już musiał wynosić 35 godzin w tygodniowym czasie pracy.
Zmieni się także sposób ewidencjonowania czasu pracy kierowców oraz przechowywania dokumentacji. Wygląda na to, że wprowadzone przez Sejm poprawki znacznie ułatwią życie zarówno pracodawcom, jak i pracownikom. Ewidencja czasu pracy będzie mogła odbywać się na podstawie zapisów lub wydruków danych z karty kierowcy i tachografów. Informacje pochodzące z nowoczesnych urządzeń mają skutecznie zastąpić wymagany dotąd podpis kierowcy na liście obecności. Poprawki Komisji Infrastruktury wprowadzają także obowiązek przechowywania wyżej wymienionej dokumentacji przez okres trzech lat.
Restrykcyjne przepisy związane ze skróceniem czasu pracy kierowców mogą stanowić problem dla pracodawców zatrudniających osoby kierujące pojazdami w równoważnym czasie pracy. Wystarczy bowiem, że kierowca zakończy pracę o godzinie 21.10, by nie można było przyznać mu nadgodzin, ani zlecić wyjazdu trwającego 12 godzin.
Po pozytywnym rozpatrzeniu projektu nowelizacji ustawy przez Senat, nad przestrzeganiem prawa czuwać będą Powiatowi Inspektorzy Pracy, którzy od 1 kwietnia bieżącego roku zwiększyli zakres przeprowadzanych kontroli. W ramach wspierania działań Inspekcji Transportu Drogowego będą oni sprawdzać również długość czasu prowadzenia pojazdu, a także przerw i odpoczynków. Liczba przeprowadzanych kontroli wzrośnie ponownie w 2010 roku, kiedy to inspektorzy zaczną szczegółowo weryfikować prawidłowość przyznawania nadgodzin i dyżurów, rekompensowanie pracy w niedziele oraz korzystanie z przerw, wypoczynków tygodniowych i dziennych, a także ewentualne przekroczenia czasu pracy kierowców.
Pozytywnym aspektem zmiany prawa jest z pewnością wprowadzenie ułatwień w zakresie ewidencjonowania czasu pracy. Wątpliwości wzbudza jednak zapis o nieprzekraczalności limitu 10 godzin pracy na dobę. Może on bowiem prowadzić do absurdalnych sytuacji, których efektem będą nieplanowane przestoje w firmach transportowych oraz przymusowe przerwy dla osób kierujących pojazdami.
Pomysłów na zmniejszenie stopy bezrobocia było już wiele - wystarczy tu wspomnieć o promowaniu elastycznych form zatrudnienia, dotowaniu bezrobotnych jednorazowymi dodatkami na założenie firmy, czy też o idei „częściowego bezrobocia”, która zakłada obniżenie wymiaru czasu pracy podczas zastoju w firmie. Z ciekawą inicjatywą wyszedł także premier, który zaproponował częściowe spłacanie kredytów hipotecznych osób, które straciły pracę - a wszystko po to, by bezrobotni mogli całkowicie skupić się na szukaniu nowego zajęcia, nie martwiąc się przy tym o utratę mieszkania. W ostatnim czasie powstał kolejny pomysł na obniżenie stopy bezrobocia w Polsce – sprowadza się on do wypłat tzw. dodatku relokacyjnego bezrobotnym, którzy zdecydują się opuścić miejsce zamieszkania w celu znalezienia nowej pracy.
Z inicjatywą zwiększenia mobilności bezrobotnych Polaków wystąpiło Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, które postanowiło stworzyć nowe możliwości dla osób mających niewielkie szanse na znalezienie pracy w swoim najbliższym otoczeniu. Jednorazowy dodatek relokacyjny ma być wypłacany przede wszystkim mieszkańcom małych miast, gdzie stopa bezrobocia jest największa. Dzięki dodatkowym pieniądzom osoby pozbawione pracy będą mogły bez problemu wynająć mieszkanie w większym mieście oraz swobodnie korzystać ze środków komunikacji miejskiej lub własnego samochodu (dofinansowanie może być przeznaczone także na paliwo). W ten sposób bezrobotni nie stracą kontaktu z rodzinami i zostaną dodatkowo zmotywowani do podjęcia pracy poza swoim regionem.
Wartość dodatku relokacyjnego będzie zależała od ilości kilometrów, dzielących nowego pracodawcę od miejsca zamieszkania bezrobotnego. Zasada jest prosta – im większa odległość, tym większa dopłata. Na najwyższe bonusy finansowe będą mogli liczyć bezrobotni, którzy znajdą pracę w miejscowości oddalonej od ich miejsca zamieszkania o ponad 100 km – otrzymają oni równowartość czterech pensji minimalnych, czyli 5 000 zł. Nieco mniejsza kwota zostanie wypłacona osobom, których nowy pracodawca prowadzi firmę w miejscowości oddalonej o 50 – 100 kilometrów od miejsca zamieszkania pracownika. Na koszty dojazdu oraz wynajęcie mieszkania dostaną one finansowy odpowiednik dwóch minimalnych wynagrodzeń – dzisiaj byłoby to 2 500 złotych.
Wokół propozycji wysuniętej przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego powstaje coraz więcej obiekcji. Zasadniczym mankamentem tej inicjatywy mogłyby być próby wyłudzania pieniędzy pod pretekstem zdobycia nowej pracy, a następnie przeznaczanie zdobytego w ten sposób dodatku na cel niezgodny z założeniami projektu. Aby temu zapobiec, bezrobotni będą musieli przepracować minimalną i z góry określoną ilość czasu u nowego pracodawcy – w przeciwnym razie stracą dodatek relokacyjny. Pomimo tego, że nowe przepisy mają wejść w życie już za trzy miesiące, wciąż nie wiemy, jak długi ma to być staż pracy.
Być może projekt Ministerstwa Rozwoju Regionalnego sprawi, że mieszkańcy małych miasteczek zaczną chętniej szukać pracy w największych polskich miastach. Aby tak się jednak stało, muszą zostać ustalone szczegóły realizacji pomysłu, na które niecierpliwie czekamy.
Kampania reklamowa, która miała zachęcać do rozwijania kariery zawodowej w wojsku przyniosła bardzo dobry efekt – tylko w tym roku zgłosiło się kilkanaście tysięcy osób, które wiążą swoją przyszłość ze służbą wojskową. Choć liczba doskonale wykwalifikowanych kandydatów jest imponująca, to tylko niewielka część ochotników zdobędzie upragnioną posadę. Zgodnie z postanowieniami rządu liczba nowych miejsc pracy zostanie zmniejszona z 40 000 do 7 000, a przy tym obniżeniu ulegną także wymagania wobec przyszłych żołnierzy. Wygląda na to, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie zamierza skorzystać z możliwości, jakie daje olbrzymie zainteresowanie kandydatów pracą w wojsku i świadomie odrzuca szansę na zatrudnienie dużej grupy najlepiej wykształconych kandydatów.
Przyczyną zmniejszenia liczby nowych etatów w wojsku jest brak pieniędzy na uposażenie członków armii. Fatalna sytuacja finansowa wojska opóźni także nabór do Narodowych Sił Rezerwowych. Przypomnijmy, że o przyjęcie w poczet członków NSR mogą się ubiegać osoby, które ukończyły służbę przygotowawczą lub zostały zwolnione ze służby stałej, kandydackiej, bądź kontraktowej. Żołnierze służący w Narodowych Siłach Rezerwowych muszą się nieustannie kształcić, powinni także regularnie stawiać się na ćwiczenia wojskowe oraz, w razie potrzeby, pełnić okresową służbę wojskową. Długość przeciętnego kontraktu, zawieranego z ochotnikiem będzie wynosiła od dwóch do sześciu lat. W tym czasie firmy zatrudniające osoby wykonujące pracę również na rzecz rezerwy, będą otrzymywać świadczenia za nieobecność pracownika, który brał udział w ćwiczeniach wojskowych lub w inny sposób służył armii. Wszystko wskazuje jednak na to, że liczba takich osób gwałtownie spadnie, a to dlatego, że Ministerstwo Obrony Narodowej zrezygnowało z wypłacania uposażeń dla członków Narodowych Sił Rezerwowych. Zdaniem rządu chętnych nie zabraknie, gdyż pomimo tego, że będą oni musieli przebywać w ciągłej gotowości, odbywać liczne szkolenia, brać udział w ćwiczeniach wojskowych, a w sytuacji kryzysowej być do dyspozycji wojska, wielu pasjonatów będzie wciąż zainteresowanych wstąpieniem do NSR. Trudno jednak uwierzyć, że znajdzie się wystarczająca ilość ochotników skłonnych do tak wielu poświęceń bez uposażenia, ani innej formy pieniężnej gratyfikacji.
Podczas gdy kandydatów na żołnierzy martwi radykalne zmniejszenie liczby nowych etatów, to osoby zatrudnione w wojsku coraz częściej boją się zbliżającego się widma zwolnień. W samym kwietniu pracę ma stracić około 10 000 żołnierzy zasadniczej służby wojskowej, a wszystko wskazuje na to, że negatywne skutki redukcji zatrudnienia odczuje jeszcze więcej osób.
Kandydatów na żołnierzy ucieszy zapewne fakt, że wraz ze zmniejszeniem liczby nowych miejsc pracy obniżono także próg wymagań wobec ochotników. Paradoksalnie, wojsko zdaje się nie dostrzegać ogromnych możliwości tkwiących w rynku pracodawcy i lekceważąc profity płynące z zatrudnienia najlepszych osób, woli zadowalać się grupą mniej kompetentnej kadry. Choć średnie i wyższe wykształcenie jest w wojsku wciąż mile widziane, to jednak aby zostać podoficerem lub oficerem nie trzeba już będzie legitymować się dyplomem uczelni – wystarczy ukończenie szkoły średniej lub licencjat.
Od 1 marca wzrosną najniższe emerytury oraz renty, na podwyżkę mogą liczyć także wszystkie osoby, które otrzymują różnego rodzaju dodatki, np. kombatanckie, pielęgnacyjne i kompensacyjne. W wyniku waloryzacji świadczeń wypłacanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeciętna podwyżka wyniesie około 85 złotych. Jak podaje rzecznik prasowy ZUS-u, wartość emerytur wzrośnie średnio o 91 złotych, a zatem przeciętne świadczenie emerytalne wyniesie 1 606 złotych. Poniżej znajdziesz informacje dotyczące podwyżek dla emerytów, a także wzrostu wartości rent i dodatków.
Waloryzacja rent i emerytur spowoduje zwiększenie wartości świadczeń, przyznawanych około 7.7 mln osób. Od 1 marca 2009 najniższe świadczenia powinny wzrosnąć o kwotę, będącą iloczynem dotychczasowej wartości świadczenia i wskaźnika waloryzacji, który aktualnie wynosi 106.1%. W rezultacie najniższa emerytura oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy, a także renta rodzinna wzrosną o 38.81 złotego i wyniosą 675.10 zł. Na nieco mniejszą podwyżkę mogą liczyć osoby, które pobierają rentę z tytułu częściowej niezdolności do pracy – jej wartość zwiększy się o 29.86 i w efekcie renta będzie równa kwocie 519.30 zł. Efektem waloryzacji jest również wzrost najniższych rent, wypłacanych wszystkim tym, którzy zachorowali na chorobę zawodową, bądź doświadczyli wypadku przy pracy. Po marcowej podwyżce więcej pieniędzy otrzymają osoby całkowicie niezdolne do pracy w związku z wypadkiem lub chorobą zawodową oraz osoby pobierające rentę rodzinną wypadkową – w obydwu przypadkach wartość świadczenia wzrośnie o 46.57 złotych i wyniesie 810 złotych i 12 groszy. Renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy w związku z wypadkiem lub chorobą zawodową wzrosną natomiast o 35.83 zł, a ich wartość będzie równa 623.16 zł.
Waloryzacji podlegają także dodatki: kombatanckie, pielęgnacyjne, dla sierot zupełnych, kompensacyjne oraz za tajne nauczanie. Na wyższe świadczenia mogą liczyć również: żołnierze zastępczej służby wojskowej przymusowo zatrudniani w kopalniach węgla, rud uranu oraz kamieniołomach i batalionach budowlanych. Wszystkie osoby, które były deportowane do pracy przymusowej, bądź zostały osadzone w obozach pracy przez ZSRR i III Rzeszę, jak również cywilni niewidomi, którzy stali się ofiarami działań wojennych i kombatanci skorzystają z podwyżek spowodowanych waloryzacją świadczeń. Najwięcej zyskają cywilni niewidomi będący ofiarami działań wojennych, którzy otrzymają o 567 złotych i 8 groszy więcej, niż dotychczas. Pozostałe grupy osób pobierających dodatki dostaną podwyżki w wysokości od 8.68 zł, do 325.36 zł.
Waloryzacja obejmie także osoby, którym przysługują świadczenia przedemerytalne oraz zasiłki przedemerytalne. Wzrost wartości świadczeń dotyczy około 168 000 osób z obydwu grup i wyniesie ponad 8 i pół miliona złotych. Pozytywne skutki rewaloryzacji odczują także osoby, które otrzymują emerytury pomostowe oraz okresowe emerytury kapitałowe - w ich przypadku wysokość świadczeń będzie obliczana na tych samych zasadach, co emerytury i renty wypłacane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.
W ostatnim czasie czynniki gospodarcze bardziej niż zwykle wpływały na kondycję polskiego rynku pracy. W zeszłym roku odnotowaliśmy wzrost gospodarczy, którego efektem było tworzenie nowych miejsc pracy, możliwość negocjacji wynagrodzeń oraz znaczny wzrost wartości pensji. Rynek pracownika zakończył się jednak wraz z pojawieniem się krachu finansowego, który wpłynął na odwrócenie tendencji korzystnych dla pracowników. Początkowo wiele firm zrezygnowało z tworzenia nowych działów i zatrudniania dodatkowej rzeszy specjalistów oraz pracowników szeregowych, a z czasem sytuacja niektórych przedsiębiorstw znacznie się pogorszyła, czego efektem jest redukcja miejsc pracy, a niekiedy wręcz upadek firm. Wysoka stopa bezrobocia, która w lutym wynosiła już 11.5% to rezultat nierozwiązanych dotąd problemów finansowych, z którymi borykają się polskie i zagraniczne przedsiębiorstwa.
Pomimo tego, że nasza sytuacja gospodarcza wciąż pozostawia wiele do życzenia, niektóre przedsiębiorstwa zaledwie w znikomym stopniu odczuwają skutki kryzysu. Należą do nich firmy związane z sektorem hotelarstwa oraz gastronomii (szczególnie sieci fast foodów). Słaby złoty sprawia, że spędzanie urlopu w Polsce staje się bardziej opłacalne, niż wakacje w krajach należących do strefy euro oraz państwach, w których wysokie ceny skutecznie zniechęcają do spędzania wolnego czasu. Efektem tego jest zwiększenie liczby turystów ze Słowacji, Litwy i Niemiec, a także z bardziej oddalonych od Polski krajów. Przypuszczalnie wakacje w Polsce spędzi także duża liczba rodaków mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii. Najwięcej zysków osiągną z pewnością właściciele pensjonatów oraz hoteli położonych w górskich miejscowościach oraz na Mazurach. Dobrą passą cieszyć się będą również osoby zatrudnione w obiektach gastronomicznych, a szczególnie w stosunkowo tanich fast foodach, które już od kilku miesięcy notują wzrost przychodów. Zyskają także firmy nastawione na dostarczanie turystom rozrywki, a zatem wszystkie ośrodki rekreacyjne, sportowe oraz różnego rodzaju kluby i dyskoteki.
W dobrej sytuacji są także sklepy położone w miejscowościach przygranicznych, szczególnie od strony granicy ze Słowacją. Zaopatrują się w nich bowiem nasi zagraniczni sąsiedzi, dla których wejście do strefy euro zaowocowało dużym wzrostem cen podstawowych produktów. Na zakupy przyjeżdżają do Polski także Litwini, którzy kupują u nas nie tylko żywność, ale również meble i materiały budowlane.
Osłabienie się złotego sprawiło, że wielu polskich pracowników rozpoczęło poszukiwania pracy sezonowej poza granicami kraju, gdzie wynagrodzenia są teraz bardziej atrakcyjne, niż jeszcze kilka miesięcy temu. Wraz ze wzrostem kursu euro zwiększyły się zarobki za pracę przy zbieraniu warzyw i owoców oraz przy wykonywaniu innych zajęć fizycznych. Zainteresowanie Polaków zagraniczną pracą sezonową jest jednak niewspółmierne do niewielkiej liczby ofert, której przyczyn należy upatrywać w redukcji zatrudnienia, związanej z niestabilną sytuacją finansową firm.
Wszyscy ci, którzy korzystają z osłabienia się złotego powinni jednak liczyć się z tym, że ich radość może nie potrwać długo. Analitycy przewidują, że wzrost wartości naszej waluty jest tylko kwestią czasu.
Pomimo wielu obietnic ze strony rządu sytuacja polskich emerytów wciąż nie jest zadowalająca. Wielu starszych ludzi otrzymuje bardzo niskie emerytury, które nie wystarczają na opłacenie czynszu i kupno jedzenia, bądź leków, nie mówiąc już o jakichkolwiek atrakcjach, jak wyjście do kina, teatru lub restauracji. W przeciwieństwie do bogatych emerytów z Europy Zachodniej, dla których zakończenie pracy jest równoznaczne z realizowaniem pasji podróżniczych, polscy staruszkowie większość czasu spędzają w domu lub klubie seniora. Co bardziej ambitni, bądź zdesperowani starają się dorobić w ochronie lub biurze, nie wszyscy jednak decydują się podjąć takie ryzyko. Zdobycie dodatkowych środków utrzymania można bowiem przypłacić utratą emerytury lub zmniejszeniem jej wysokości. Przypomnijmy, że pełną emeryturę otrzymają tylko ci emeryci oraz renciści, którzy dorobią nie więcej, niż 70% przeciętnej pensji (czyli maksymalnie 2251 złotych). Osoby zarabiające więcej mogą spodziewać się obniżenia wartości emerytury, natomiast emeryci pobierający wynagrodzenie wyższe, niż 130 % przeciętnej pensji (tj. pow. 4180 zł.) utracą emeryturę lub rentę. Obydwie opcje skutecznie odstraszają sprawnych i wciąż aktywnych emerytów od podjęcia pracy, a tym samym polepszenia swoich warunków finansowych.
Ten niekorzystny stan rzeczy może jednak ulec zmianie, a to za sprawą niektórych założeń z projektu ustawy autorstwa Prawa i Sprawiedliwości. Partia ta sugeruje konieczność zniesienia zależności pomiędzy zarobkami pracującego emeryta, a wartością wypłacanej przez ZUS emerytury, bądź renty. Dzięki temu rozwiązaniu starsi ludzie nie musieliby już ryzykować utraty pewnego źródła dochodu w razie otrzymania wynagrodzenia, którego wartość przekroczy określony próg.
Emeryci nie tylko nie traciliby wypłacanych im świadczeń, ale również mogliby zwiększyć swoje dochody, dzięki składce rentowej, która byłaby przelewana na indywidualne konto emerytalne w ZUS-ie, a następnie wypłacana emerytowi. Druga propozycja Prawa i Sprawiedliwości jest już jednak o wiele trudniejsza do zrealizowania. Wprawdzie emerytom nigdy nie będzie przysługiwało prawo do odbierania renty, gdyż otrzymują ją osoby, które nie pracują z powodów zdrowotnych, lecz zarazem nie osiągnęły jeszcze wieku emerytalnego, nie oznacza to jednak, że składka rentowa nie jest emerytom do niczego potrzebna. Środki zgromadzone w ramach opłacania tejże składki są bowiem przeznaczane na zasiłek pogrzebowy i rentę rodzinną. Zwolnienie emerytów z opłacania składki rentowej może więc doprowadzić do braku funduszy na powyższe cele.
Pierwsza propozycja Prawa i Sprawiedliwości cieszy się zainteresowaniem innych partii, w tym SLD, druga idea nie wzbudza jednak entuzjazmu i raczej mało prawdopodobne, by została wprowadzona w życie. Za zniesieniem limitów zarobkowych dla osób otrzymujących emerytury i renty opowiada się większość ugrupowań, lecz prawdziwa debata na ten temat rozpocznie się dopiero w kwietniu, wtedy bowiem światło dzienne ujrzy projekt ustawy autorstwa PO.
To nie żart! Zgodnie z zapowiedzią premiera osoby, które straciły pracę i w efekcie tego stały się niewypłacalne mogą liczyć na pomoc rządu w spłacie kredytu hipotecznego. Bezrobotni będą mogli skupić się całkowicie na poszukiwaniu pracy, nie martwiąc się przy tym o utratę mieszkania. Przez cały rok nie zapłacą oni ani jednej raty kredytu hipotecznego, gdyż środki na ten cel będą przekazywane bankom przez Fundusz Pracy. Koszt przeprowadzenia tegoż przedsięwzięcia wyniesie ok. 300-400 mln zł.
Podczas debaty nad planami zabezpieczenia gospodarki i obywateli przed skutkami kryzysu premier poinformował także o utworzeniu rezerwy solidarności społecznej oraz podniesieniu gwarancji zabezpieczających wypłacalność depozytów. Donald Tusk wyraził również nadzieję, że wszystkie partie przyczynią się do pozyskania funduszy, które mogłyby zostać przeznaczone na realizację antykryzysowych projektów. Sposobem na zgromadzenie odpowiedniej ilości środków finansowych może być zaprzestanie finansowania działalności ugrupowań politycznych z budżetu państwa w latach 2009-2010. Premier zaproponował także wstrzymanie corocznych podwyżek przeznaczonych dla najwyższych urzędników państwowych.
Podczas trwania debaty poruszono również temat zahamowania wzrostu cen energii elektrycznej. Priorytetem Tuska jest ochrona wszystkich odbiorców detalicznych prowadzących gospodarstwa domowe. Szef rządu podkreślił jednak, iż zdaje sobie sprawę z tego, iż wysokie ceny energii elektrycznej dla przedsiębiorców mogą przełożyć się na tworzenie oszczędności kosztem pracowników. W efekcie wyższe rachunki za prąd mogłyby prowadzić do redukcji zatrudnienia w niektórych firmach, a tym samym wzrostu bezrobocia.
Szef rządu wspomniał także o tym, że międzynarodowy kryzys nie przeszkodzi w realizacji zaplanowanych wcześniej inwestycji. Jeszcze w tym roku zostaną przeprowadzone przetargi na łączną kwotę 29 miliardów złotych, w najbliższym czasie ruszyć ma także budowa słynnego gazoportu. Niebawem ruszą inwestycje drogowe i energetyczne, w tym również ekologiczne projekty dotyczące energii odnawialnej. Na realizację inwestycji energetycznej rząd zamierza przeznaczyć około 400 – 500 milionów euro, natomiast plany związane z ekologicznymi inwestycjami wysokiego ryzyka będą wymagać nakładu ok. 1.5 miliarda złotych.
Pomimo coraz bardziej odczuwalnych efektów kryzysu gospodarczego Donald Tusk pragnie jak najszybciej osiągnąć porozumienie w sprawie przystąpienia Polski do strefy euro. Jego zdaniem jakiekolwiek opóźnienia mogą doprowadzić do poważnych problemów związanych ze sfinansowaniem deficytu.
Podczas debaty związanej z planami uchronienia gospodarki i obywateli przed negatywnymi skutkami kryzysu padło wiele propozycji oraz kilka deklaracji podjęcia konkretnych działań. Pozytywnym aspektem rozmów jest z pewnością widoczna troska o dobro pracowników i chęć poszukiwania rozwiązań mających na celu zahamowanie wzrostu bezrobocia. To nie jedyne inicjatywy rządu, których celem jest zażegnanie kryzysu gospodarczego. Najprawdopodobniej już niedługo Donald Tusk wysunie kolejne propozycje polepszenia sytuacji na polskim rynku pracy, gdyż sprawa ta należy aktualnie do priorytetów rządu.
W związku z tym, że sytuacja na polskim rynku pracy staje się coraz trudniejsza, pracodawcy oraz związki zawodowe nie ustają w poszukiwaniu recepty na zmniejszony popyt oraz rosnące bezrobocie. Kilka tygodni temu pracodawcy wyszli z inicjatywą utworzenia indywidualnych kont czasu pracy dla każdego pracownika oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do dwunastu miesięcy. Pomimo tego, że wciąż nie zapadła decyzja w sprawie wprowadzenia w życie tych innowacyjnych pomysłów, pracodawcy doszli już do porozumienia ze związkami zawodowymi w sprawie nowego projektu, którym jest instytucja „częściowego bezrobocia”.
Idea „częściowego bezrobocia” od dawna funkcjonuje w niektórych krajach Europy Zachodniej, takich jak Francja, Rumunia, Niemcy czy Wielka Brytania, i skutecznie przyczynia się do zmniejszania stopy bezrobocia. Dlaczego propozycja pracodawców może być korzystna dla polskich pracowników oraz przedsiębiorców?
Przede wszystkim dlatego, że pozwala zastopować falę zwolnień, która zagraża głównie pracownikom firm produkcyjnych. Projekt ten niesie za sobą liczne korzyści również dla pracodawców, którzy oszczędzą na kosztach związanych z wypłacaniem odpraw oraz organizowaniem rekrutacji po zażegnaniu kryzysu. Dzięki instytucji „częściowego bezrobocia” będą oni mogli obniżyć wymiar czasu pracy swoich zespołów. Zgodnie z tym projektem, pracodawcy nie musieliby zwalniać dużej części swoich pracowników – wystarczyłoby jedynie skrócić czas pracy całej załogi. W ten sposób pracownicy nie straciliby źródła utrzymania, a pracodawca nie ponosiłby dodatkowych kosztów zatrudnienia w czasie kryzysu, kiedy wiele firm musi obcinać wszelkie wydatki.
Zmniejszenie wymiaru czasu pracy wiązałoby się z otrzymywaniem odpowiednio niższego wynagrodzenia. Mimo wszystko rozwiązanie to jest korzystne dla pracowników, gdyż mogliby oni liczyć na dodatkowe wsparcie finansowe z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Projekt zaproponowany przez pracodawców jest bardzo potrzebny z punktu widzenia polskiej gospodarki, ponieważ pozwala zmniejszyć koszty związane z wypłacaniem zasiłków osobom bezrobotnym. Sprzyja również aktywizacji pracowników, dla których bardziej opłacalne będzie utrzymanie dotychczasowej posady w mniejszym wymiarze czasowym, niż porzucenie pracy i utrzymywanie się z zasiłku.
Instytucja „częściowego bezrobocia” jest zaplanowana jako rozwiązanie tymczasowe, którego zastosowanie byłoby możliwe jedynie wtedy, gdy dane przedsiębiorstwo znajdzie się w trudnej sytuacji finansowej. Z opcji „półbezrobocia” będą mogli skorzystać tylko ci pracodawcy, którzy z góry zadeklarują ile czasu potrzebują, by poradzić sobie z problemami finansowymi. „Częściowe bezrobocie” nie może jednak trwać dłużej, niż pół roku. Jest to bardzo krótki czas w porównaniu z terminami obowiązującymi w krajach Europy Zachodniej, gdyż na przykład w Luksemburgu okres ten wynosi aż 3 lata.
Rozmowy pracodawców ze związkami zawodowymi na temat „częściowego bezrobocia” powoli dobiegają końca. O wejściu w życie powyższych ustaleń zadecyduje rząd, lecz pracodawcy już teraz zastrzegają, że zgodzą się na wprowadzenie „półbezrobocia” tylko wtedy, gdy powstaną indywidualne konta czasu pracy oraz roczne rozliczenia czasu pracy.
Z miesiąca na miesiąc polski rynek pracy staje się coraz bardziej chwiejny. Jeszcze niedawno jedynymi odczuwalnymi dla pracowników symptomami nadchodzącego kryzysu finansowego były trudności z uzyskaniem podwyżki. Teraz osoby, które narzekały na niskie wynagrodzenie lub brak premii zaczynają czuć coraz większą obawę przed utratą pracy.
Najbardziej zagrożone bezrobociem są osoby zatrudnione w sektorze produkcyjnym, a także w budownictwie i usługach. Z poważnymi problemami finansowymi borykają się głównie firmy eksportujące swoje towary do krajów Unii Europejskiej. W ostatnim czasie do grona bankrutów dołączyły także wielkie przedsiębiorstwa, wśród których przeważają spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Swoje zakłady zamykają tacy giganci, jak International Automotive Components Group (fabryka w Teresinie), Remy Automotive Poland (zakład produkcyjny w Świdnicy) czy RR Donnelley (fabryka w Kielcach).
Firmy z branży motoryzacyjnej już od kilku miesięcy muszą zmagać się z mniejszą ilością zleceń i, co za tym idzie, dużymi stratami finansowymi. Przykładem tego jest choćby japoński producent samochodów Nissan, który zdecydował się na znaczną redukcję liczby pracowników w fabrykach na całym świecie. Od kwietnia 2009 roku Nissan zamierza zlikwidować około 20 000 miejsc pracy, a także wprowadzić w fabrykach dni przestoju.
Kryzys gospodarczy oraz związany z nim krach na rynku nieruchomości sprawiły, że nastały ciężkie czasy dla deweloperów, ale również dla firm zajmujących się wystrojem wnętrz. Słabnący popyt na materiały budowlane oraz artykuły ozdobne wpłynął na złą kondycję finansową tychże przedsiębiorstw. Efektem tego jest niekiedy likwidacja zakładów produkcyjnych, częściej jednak dochodzi do drastycznego zmniejszenia liczby etatów. Przykładem tego jest fala zwolnień w dużej firmie z branży meblarskiej – Nowy Styl. Przedsiębiorstwo zamierza zredukować etaty i zwolnić prawie 700 osób, co stanowi jedną piątą wszystkich pracowników.
W złej kondycji finansowej jest także PLL LOT, którego przedstawiciele rozpoczęli już rozmowy z członkami związków zawodowych na temat zwolnień grupowych. Nie wiadomo jeszcze ile osób dostanie wypowiedzenia, pewnym jest jednak, że redukcja etapów obejmie ok. 40 rodzajów stanowisk – od najwyższego do najniższego szczebla. Przypomnijmy, że już w zeszłym roku firma PLL LOT zwolniła ok. 50 osób – byli to piloci i stewardessy. Problemy związane z kryzysem finansowym nie ominęły także założonej w 1965 roku Toruńskiej Przędzalni Czesankowej „Merinotex”. Zatrudniająca 350 osób firma właśnie złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości.
Niektóre przedsiębiorstwa próbują uniknąć zwalniania pracowników i decydują się na chwilowe wstrzymanie produkcji, by zredukować straty finansowe wynikające z braku zamówień. Taką taktykę obrała Fabryka Broni „Łucznik”, której zarząd postanowił wysłać pracowników na dwutygodniowy urlop. Podobnie postąpił również największy producent sprzętu AGD w Polsce – Zelmer, który wstrzymał produkcję od 9 do 13 lutego.
Zarówno przedsiębiorstwa takie jak Łucznik i Zelmer, jak i wiele innych firm coraz bardziej świadomie podchodzą do kwestii zatrudnienia pracowników. Pomimo trudnej sytuacji finansowej starają się one utrzymać pracowników, a nawet zdobywać fundusze na ich szkolenia. Dzięki temu obydwa przedsiębiorstwa nie będą zmuszone do przeprowadzania kosztownych rekrutacji po zażegnaniu kryzysu finansowego.