Z miesiąca na miesiąc polski rynek pracy staje się coraz bardziej chwiejny. Jeszcze niedawno jedynymi odczuwalnymi dla pracowników symptomami nadchodzącego kryzysu finansowego były trudności z uzyskaniem podwyżki. Teraz osoby, które narzekały na niskie wynagrodzenie lub brak premii zaczynają czuć coraz większą obawę przed utratą pracy.
Najbardziej zagrożone bezrobociem są osoby zatrudnione w sektorze produkcyjnym, a także w budownictwie i usługach. Z poważnymi problemami finansowymi borykają się głównie firmy eksportujące swoje towary do krajów Unii Europejskiej. W ostatnim czasie do grona bankrutów dołączyły także wielkie przedsiębiorstwa, wśród których przeważają spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Swoje zakłady zamykają tacy giganci, jak International Automotive Components Group (fabryka w Teresinie), Remy Automotive Poland (zakład produkcyjny w Świdnicy) czy RR Donnelley (fabryka w Kielcach).
Firmy z branży motoryzacyjnej już od kilku miesięcy muszą zmagać się z mniejszą ilością zleceń i, co za tym idzie, dużymi stratami finansowymi. Przykładem tego jest choćby japoński producent samochodów Nissan, który zdecydował się na znaczną redukcję liczby pracowników w fabrykach na całym świecie. Od kwietnia 2009 roku Nissan zamierza zlikwidować około 20 000 miejsc pracy, a także wprowadzić w fabrykach dni przestoju.
Kryzys gospodarczy oraz związany z nim krach na rynku nieruchomości sprawiły, że nastały ciężkie czasy dla deweloperów, ale również dla firm zajmujących się wystrojem wnętrz. Słabnący popyt na materiały budowlane oraz artykuły ozdobne wpłynął na złą kondycję finansową tychże przedsiębiorstw. Efektem tego jest niekiedy likwidacja zakładów produkcyjnych, częściej jednak dochodzi do drastycznego zmniejszenia liczby etatów. Przykładem tego jest fala zwolnień w dużej firmie z branży meblarskiej – Nowy Styl. Przedsiębiorstwo zamierza zredukować etaty i zwolnić prawie 700 osób, co stanowi jedną piątą wszystkich pracowników.
W złej kondycji finansowej jest także PLL LOT, którego przedstawiciele rozpoczęli już rozmowy z członkami związków zawodowych na temat zwolnień grupowych. Nie wiadomo jeszcze ile osób dostanie wypowiedzenia, pewnym jest jednak, że redukcja etapów obejmie ok. 40 rodzajów stanowisk – od najwyższego do najniższego szczebla. Przypomnijmy, że już w zeszłym roku firma PLL LOT zwolniła ok. 50 osób – byli to piloci i stewardessy. Problemy związane z kryzysem finansowym nie ominęły także założonej w 1965 roku Toruńskiej Przędzalni Czesankowej „Merinotex”. Zatrudniająca 350 osób firma właśnie złożyła wniosek o ogłoszenie upadłości.
Niektóre przedsiębiorstwa próbują uniknąć zwalniania pracowników i decydują się na chwilowe wstrzymanie produkcji, by zredukować straty finansowe wynikające z braku zamówień. Taką taktykę obrała Fabryka Broni „Łucznik”, której zarząd postanowił wysłać pracowników na dwutygodniowy urlop. Podobnie postąpił również największy producent sprzętu AGD w Polsce – Zelmer, który wstrzymał produkcję od 9 do 13 lutego.
Zarówno przedsiębiorstwa takie jak Łucznik i Zelmer, jak i wiele innych firm coraz bardziej świadomie podchodzą do kwestii zatrudnienia pracowników. Pomimo trudnej sytuacji finansowej starają się one utrzymać pracowników, a nawet zdobywać fundusze na ich szkolenia. Dzięki temu obydwa przedsiębiorstwa nie będą zmuszone do przeprowadzania kosztownych rekrutacji po zażegnaniu kryzysu finansowego.
Praca na czarno jest wygodna i opłacalna dla pracodawców, którzy nie muszą pokrywać żadnych kosztów związanych z zatrudnieniem (jak podatki i składki) oprócz wypłacania wartości wynagrodzenia pracownika. Niekiedy również pracownicy są zadowoleni z takiej formy zatrudnienia, gdyż otrzymują pensję wyższą, niż w przypadku świadczenia pracy w ramach obciążonej licznymi składkami umowy o pracę. Większość zatrudnionych osób narzeka jednak na niestabilność zatrudnienia oraz brak bezpłatnego dostępu do publicznej służby zdrowia. Wiele osób skarży się także na to, że pracodawca nie odprowadza składki emerytalnej, a przepracowane w ten sposób lata nie liczą się do stażu pracy. Pracownicy, którzy nie są związani z pracodawcą żadną umową mogą przeżyć rozczarowanie, gdy poproszą o urlop lub zachorują, ponieważ tylko od dobrej woli szefa zależy, czy pracujący na czarno dostanie jakikolwiek dzień wolny, czy też zostanie odesłany z kwitkiem. Najczęściej nielegalnymi pracownikami zostają imigranci, którzy ze względu na nieznajomość języka panującego w danym kraju mają mniejsze szanse na zdobycie zatrudnienia gwarantowanego umową.
Jak widać osoby pracujące na czarno są pozbawione bardzo wielu profitów, przysługujących legalnie zatrudnionym pracownikom. Nic więc dziwnego, że bardzo często starają się one doprowadzić do podpisania umowy. Zazwyczaj nie przynosi to jednak pożądanych rezultatów, gdyż pracodawcy wolą z oszczędności zwolnić niewygodnego pracownika, niż opłacić jego składki i zaległy podatek.
Wszystko wskazuje jednak na to, że za sprawą postanowień Parlamentu Europejskiego ta niekorzystna sytuacja ulegnie zmianie. 4 lutego 2009 roku Parlament Europejski zaakceptował propozycję dyrektywy unijnej, która przewiduje wprowadzenie poważnych sankcji za oferowanie pracy na czarno osobom spoza Unii Europejskiej. Nowe przepisy mają dotyczyć właścicieli firm i osób indywidualnych, które zatrudniają nielegalnie między innymi pomoce domowe oraz opiekunki do dzieci, a w przyszłości również podwykonawców. Wszyscy pracodawcy, którzy zostaną przyłapani na nielegalnym zatrudnianiu pracowników, będą musieli opłacić koszty powrotu do kraju imigrantów przebywających na terenie Unii Europejskiej, a ponadto zostaną zobowiązani do zwrotu niezapłaconych podatków oraz składek emerytalnych i zdrowotnych. W wyjątkowych przypadkach firmy zatrudniające na czarno imigrantów zostaną pozbawione wpływów z dotacji państwowych i unijnych, a także utracą możliwość wzięcia udziału w przetargach publicznych nawet przez okres pięciu lat. Dla nieuczciwych pracodawców przewidziano również kary finansowe, a także karę pozbawienia wolności (dotyczy ona jednak tylko szczególnych sytuacji, takich jak: zatrudnianie ofiar handlu ludźmi, wielokrotne łamanie prawa itp.).
Projekt dyrektywy unijnej został już zaakceptowany przez rządy państw Unii Europejskiej i wszystko wskazuje na to, że niebawem wejdzie w życie. Dzięki temu poprawi się sytuacja Polaków pracujących na emigracji, jednak w niewielkim stopniu zmienią się warunki na polskim rynku pracy. Wciąż brakuje bowiem skutecznych metod zwalczania pracy na czarno wśród rodzimych pracodawców, którzy masowo wykorzystują głównie pracowników niższego szczebla – ochroniarzy, sprzątaczki, członków ekip budowlanych itp.
O międzynarodowym kryzysie gospodarczym mówi się w Polsce już od kilku miesięcy, jednak jego negatywny wpływ na rynek pracy nie był początkowo tak dobrze widoczny jak teraz. Coraz większa liczba zwolnień (również grupowych), brak zapotrzebowania na nowych pracowników oraz fala powrotów Polaków przebywających dotąd w Wielkiej Brytanii sprawia, że naszym rodakom jest coraz trudniej znaleźć zatrudnienie lub utrzymać dotychczasową pracę. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że problemy na naszym rynku pracy dopiero się zaczęły i najbardziej dadzą o sobie znać w ciągu najbliższego roku. Trudna sytuacja dotyka nie tylko pracowników, ale również pracodawców, których coraz częściej zwyczajnie nie stać na utrzymanie zatrudnianych przez siebie specjalistów. Aby uniknąć jeszcze poważniejszych problemów na polskim rynku pracy pracodawcy z PKPP Lewiatan przedstawili swoje propozycje na przeciwdziałanie bezrobociu w dobie kryzysu gospodarczego.
Głównym postulatem jest wprowadzenie indywidualnych kont czasu pracy oraz wydłużenie okresu rozliczania czasu pracy do dwunastu miesięcy. Skutkowałoby to możliwością zróżnicowania dziennego czasu pracy w zależności od bieżącego zapotrzebowania danego przedsiębiorstwa oraz sytuacji gospodarczej panującej w kraju. Innymi słowy pracownik mógłby pracować krócej, gdy firma ma mniej zamówień bez ryzyka zmniejszenia miesięcznego wynagrodzenia. Jednak w okresach szczytu, bądź polepszenia koniunktury pracownik musiałby przepracowywać więcej niż 8 godzin dziennie i to bez możliwości otrzymania dodatku za nadgodziny. Liczba wszystkich przepracowanych przez daną osobę godzin musiałaby się wyrównać w ciągu dwunastu miesięcy. Według pracodawców z PKPP Lewiatan takie rozwiązanie prowadziłoby do zmniejszenia bezrobocia, gdyż pozwoliłoby uniknąć zwalniania pracowników w okresie zastojów oraz mniejszych zysków firmy.
O wiele bardziej kontrowersyjnym pomysłem jest propozycja zmniejszenia zarobków pracowników w celu uniknięcia zwolnień. Wprowadzenie obniżonych wynagrodzeń byłoby możliwe po konsultacjach ze związkami zawodowymi danej firmy, a różnice w płacach miałyby być kompensowane z funduszy celowych, takich jak fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych czy też fundusz pracy. Propozycja ta nie dotyczyłaby jednak wyłącznie sytuacji kryzysowej wywołanej na przykład przez krach gospodarczy – pracodawcy mogliby obniżać wynagrodzenia pracowników zawsze wtedy, gdy pojawi się widmo zwolnień w firmie.
Pomysł wydłużenia okresu rozliczania czasu pracy, podobnie jak idea wprowadzenia indywidualnych konta czasu pracy to propozycje, które istotnie mogą polepszyć sytuację pracowników w dobie kryzysu. Jednak istnieje też druga strona medalu - zmniejszenie liczby zwolnień może zostać okupione licznymi nadużyciami oraz obniżeniem efektywności pracy przepracowanych ludzi. Ostatnia propozycja pracodawców z Lewiatana jest już zdecydowanie mniej korzystna dla pracowników, dlatego też mało prawdopodobnym jest uzyskanie aprobaty związków zawodowych na realizację tego pomysłu. Czy idee pracodawców wejdą w życie? A może pojawią się nowe pomysły na zażegnanie kryzysu? Odpowiedzi na te pytania poznamy już niebawem, gdyż podczas środowego prezydium Komisji Trójstronnej rząd ma przedstawić swoje propozycje zmian w prawie pracy. Zanim to jednak nastąpi czekamy na Wasze opinie w komentarzach.
W związku z wydłużaniem się średniej długości życia oraz stosunkowo niewielką liczbą urodzeń coraz częściej zaczyna się mówić o problemach związanych ze starzeniem się społeczeństwa. Liczne kontrowersje wynikające z ułatwienia przejścia na emerytury pomostowe oraz olbrzymie koszty związane z utrzymaniem rosnącej liczby emerytów sprawiły, że ustawodawcy zaczęli poważnie zastanawiać się nad stworzeniem promocji zatrudnienia ludzi starszych. Jednym z najnowszych pomysłów jest wprowadzenie korzystniejszego niż dotąd sposobu rozliczania zwolnień lekarskich wydanych pracownikom, którzy ukończyli pięćdziesiąty rok życia.
Zgodnie z artykułem 2 nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy pracodawcy płaciliby jedynie za pierwsze 14 dni choroby pracownika. Pozostałe koszty wynikające ze zwolnienia lekarskiego pokrywałby ZUS. Ta korzystna dla pracodawców zmiana dotyczyłaby wszystkich osób zatrudniających pracownika, który ukończył pięćdziesiąty rok życia. Realizacja założeń nowelizacji miałaby obowiązywać wtedy, gdy niezdolność do pracy wystąpiłaby po roku kalendarzowym, w którym pracownik ukończył pięćdziesiąty rok życia. Jest to duży krok naprzód w promocji zatrudnienia seniorów, gdyż obecnie pracodawca wypłaca zasiłek chorobowy aż do 33 dni choroby, niezależnie od wieku pracownika. Oznacza to, że pracodawca, który przyjmie do pracy osobę w wieku dojrzałym, w razie jej choroby uniknie płacenia zasiłku za dziewiętnaście dni, gdyż obowiązek ten przejmie ZUS.
To nowe rozwiązanie najprawdopodobniej wejdzie w życie już niebawem, gdyż przypuszczalnie w przyszłym tygodniu prezydent podpisze nowelizację. Gdy to już nastąpi, zmiany na rynku pracy zostaną wprowadzone w terminie 14 dni od dnia ogłoszenia nowego przepisu.
Nowelizacja ustawy, choć wydaje się być bardzo atrakcyjna, budzi wątpliwości u niektórych pracodawców. Obiekcje wzbudza kwestia sposobu płacenia zasiłku chorobowego w przypadku, gdy niezdolność do pracy zaistnieje przed dniem wejścia w życie nowelizacji, lecz zakończy się już po jej wprowadzeniu. Czy w tym przypadku pracodawca powinien zapłacić jedynie za 14 dni pobytu pracownika na zwolnieniu, czy też winien on pokryć koszty choroby aż do trzydziestego trzeciego dnia włącznie? Większość prawników jest zgodna co do tego, że w powyższej sytuacji pracodawca będzie musiał postąpić zgodnie z obowiązującymi jeszcze przepisami i zapłacić za wszystkie 33 dni niezdolności do pracy. Nowa, atrakcyjna dla pracodawców alternatywa będzie mogła być stosowana dopiero wtedy, gdy choroba starszego wiekiem pracownika rozpocznie się w czasie obowiązywania nowelizacji. Jeśli jednak zwolnienie będzie wystawione choćby o jeden dzień wcześniej, pracodawca nie będzie mógł skorzystać z korzyści płynących z nowego prawa.
Nowelizacja ustawy wydaje się być dobrym pomysłem na aktywizację zawodową seniorów. Pracownicy, którzy przekroczyli pięćdziesiąty rok życia zyskają ważną z punktu widzenia pracodawcy kartę przetargową, dzięki której będą mogli skuteczniej rywalizować z młodszymi rywalami na rynku pracy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nowy przepis zostanie niebawem zatwierdzony przez prezydenta i w najbliższym czasie ułatwi życie zarówno pracownikom, jak i pracodawcom.
Stopa bezrobocia wzrasta, a ofert pracy jest coraz mniej – do takich wniosków można dojść po przeanalizowaniu danych udostępnionych przez Ministerstwo Pracy. Czy zeszłoroczny kryzys finansowy odbije się na polskim rynku pracy? I czy możemy się spodziewać kolejnych wzrostów bezrobocia w najbliższym czasie?
Według Ministerstwa Pracy stopa bezrobocia w grudniu ubiegłego roku była o 4 punkty procentowe wyższa, niż w listopadzie i wynosiła 9.5 %. Problemy związane z zatrudnieniem odnotowano we wszystkich województwach, a liczba osób pozostających bez pracy wyniosła 1.474,4 tys. Jakie były przyczyny tak dużego wzrostu bezrobocia w ciągu zaledwie miesiąca?
Ministerstwo Pracy sugeruje, że powodem wzrostu stopy bezrobocia było zakończenie prac sezonowych, dotyczy to przede wszystkim budownictwa i handlu. Ponadto coraz więcej osób powracających z zagranicy ma problemy ze znalezieniem zatrudnienia w kraju i po krótkim czasie powracający do Polski rodacy zasilają szeregi bezrobotnych. Statystyki zawyżają także osoby, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy uczestniczyły w programach mających na celu zwalczanie bezrobocia. Po zakończeniu projektów związanych z zatrudnieniem część z nich nie otrzymała posady i powróciła do rejestru bezrobotnych. Inną grupę osób poszukujących pracy stanowią pracownicy, z którymi nie przedłużono umów na czas określony.
Liczba bezrobotnych wzrosła, natomiast miejsc pracy jest mniej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. W wyniku międzynarodowego kryzysu finansowego część przedsiębiorstw podjęła decyzję o redukcji zatrudnienia, a zdecydowana większość zrezygnowała z tworzenia nowych działów i, co za tym idzie, miejsc pracy. Efektem tego jest zmniejszenie się ilości ofert pracy o 23.5 % w przeciągu jednego miesiąca.
Jakie są rokowania Ministerstwa Pracy na rok 2009? Opinie przedstawione przez pracowników ministerstwa są zdecydowanie mniej optymistyczne niż te, które wygłaszano w drugiej połowie ubiegłego roku. Według szacunków Ministerstwa Pracy w najlepszym przypadku stopa bezrobocia ulegnie stabilizacji, natomiast w najgorszym wzrośnie o kolejne dwa punkty procentowe w perspektywie całego roku. Wprawdzie w ciągu najbliższych kilku miesięcy bezrobocie powinno zostać zahamowane, na co wpływ będzie miało zakończenie zimy i wznowienie ruchu np. w branży budowlanej, lecz i tak u schyłku 2009 roku stopa bezrobocia ma wynosić 9.5-11.5 %.
Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie zdobycie atrakcyjnej pracy będzie o wiele trudniejsze, niż w zeszłym roku. Mniejsza liczba ofert pracy, fala powrotów Polaków pracujących za granicą oraz problemy finansowe, z którymi walczy wiele firm – to wszystko może sprawić, że sytuacja pracowników ulegnie zmianie i rozpocznie się era pracodawcy. Taki stan rzeczy może zaowocować nie tylko trudnościami w znalezieniu pracy i zwiększoną konkurencją ze strony innych kandydatów, ale również niższymi premiami oraz zwolnieniem tempa wzrostu wynagrodzeń.
Wszystko wskazuje na to, że wprowadzenie kontrowersyjnych przepisów dotyczących bhp w firmach dojdzie do skutku. Ustawa nowelizująca kodeks pracy została już uchwalona przez Senat, co oznacza, że wejdzie w życie, jeśli tylko Państwowa Inspekcja Pracy nie wniesie sprzeciwu. Zobacz, dlaczego przedsiębiorcy są przerażeni wizją wprowadzenia kontrowersyjnych przepisów bhp.
Najprawdopodobniej na przełomie grudnia i stycznia zaczną obowiązywać przepisy, zgodnie z którymi każdy pracodawca będzie musiał wyznaczyć pracowników odpowiedzialnych za udzielanie pierwszej pomocy, ewakuację oraz ochronę przeciwpożarową budynku i pracowników. Aby spełnić dyrektywy unijne, przedsiębiorcy będą musieli znaleźć osoby posiadające odpowiednie uprawnienia lub zapłacić za szkolenia pracowników. Zgodnie z ustawą o ochronie pożarowej, odpowiednie kompetencje może posiadać jedynie osoba z minimum średnim wykształceniem, która ukończyła kurs inspektora ochrony przeciwpożarowej lub każdy, kto może się pochwalić tytułem zawodowym technika pożarnictwa. Z racji tego, że niewielu jest pracowników spełniających powyższe wymagania, do obowiązków pracodawcy będzie należało zatrudnienie inspektorów ochrony przeciwpożarowej lub wysłanie podwładnych na odpowiednie szkolenia. Koszt kursu, organizowanego przez Szkołę Główną Służby Pożarniczej nie jest niski – wynosi on bowiem 1247 złotych. Pracodawcy, który nie zastosuje się do nowych przepisów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, może grozić grzywna sięgająca nawet 30 000 złotych!
Zmiana przepisów bhp uderzy przede wszystkim w małe przedsiębiorstwa, które zatrudniają niewielką ilość osób. Jeśli Państwowa Inspekcja Pracy nie sprzeciwi się dotychczasowym ustaleniom oznaczać to będzie, że nawet jednoosobowa firma zostanie zmuszona do przeszkolenia pracownika z zakresu ochrony przeciwpożarowej i ewakuacji. Taki stan rzeczy, nie dość, że wydaje się być absurdalny, to jeszcze wpłynie znacząco na zwiększenie kosztów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Problemów mogą się też spodziewać mniejsze przedsiębiorstwa, w których obowiązuje zmianowy czas pracy, ponieważ zgodnie z nowymi przepisami, podczas każdej zmiany winien być obecny pracownik z uprawnieniami z zakresu ochrony przeciwpożarowej. Wiąże się to z dodatkowymi kosztami, lecz przede wszystkim wpłynie negatywnie na organizację pracy całego przedsiębiorstwa. Ponadto nowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy nie wpłyną znacząco na zwiększenie bezpieczeństwa pracowników, ponieważ obowiązujące aktualnie prawo już teraz nakłada na pracodawcę obowiązek ochrony przeciwpożarowej wszystkich zatrudnionych osób.
Według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej niemożliwością jest zwolnienie właścicieli małych firm od konieczności zatrudnienia pracowników odpowiedzialnych za ochronę przeciwpożarową i udzielanie pierwszej pomocy, ponieważ dyrektywa unijna nie przewiduje takiego rozwiązania. Jedynie Powiatowa Inspekcja Pracy może nieco złagodzić kontrowersyjny zapis poprzez dostosowanie liczby pracowników z uprawnieniami do rodzaju i zakresu działalności danej firmy oraz poziomu potencjalnie występujących zagrożeń. Dzięki takiemu rozwiązaniu małe przedsiębiorstwa byłyby w mniejszym stopniu narażone na dodatkowe koszty oraz zaburzenia organizacji pracy. Czy tak się jednak stanie dowiemy się w najbliższym czasie.
Jeszcze nie tak dawno Polacy cieszyli się na możliwość wprowadzenia nowego dnia wolnego, który miałby przypadać 6 stycznia (Święto Trzech Króli). Wśród ogólnie panującej radości można było jednak usłyszeć głosy niezadowolenia, ponieważ byłoby to wyróżnienie kolejnego święta katolickiego, których i tak wiele jest obchodzonych w naszym kraju. Ludzie innych wyznań nie mają za to żadnego ustawowo nadanego dnia wolnego, pomimo tego, że powinni być traktowani tak samo jak będący w większości katolicy.
Dyskryminacji innowierców i ateistów sprzeciwił się Klub Lewicy z posłanką Izabelą Jarugą-Nowacką na czele. Lewica zapowiedziała, że poprze projekt ustawy w sprawie ustanowienia Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy, ale zgłosi do niego poprawkę. Klub Lewicy chce wprowadzić kompromisowe rozwiązanie, które z powodzeniem jest już stosowane w innych krajach – ruchomy dzień wolny. Jeśli poprawka lewicy zostania zaakceptowana, to każdy Polak będzie mógł wybrać dowolny dzień w ciągu roku, który będzie dla niego dniem ustawowo wolnym od pracy. Na takim rozwiązaniu skorzystaliby wszyscy – katolicy mogliby zacząć obchodzić Święto Trzech Króli, innowiercy mieliby szansę na uroczyste spędzanie świąt, które są zgodne z ich religiami, a ateiści otrzymaliby dodatkowy dzień wolny.
Samodzielny wybór dnia wolnego od pracy pozwalałby również na przedłużenie urlopu. Osoby, których staż pracy jest niższy niż 10 lat, mają w tej chwili urlop w wysokości 20 dni, a mogłyby mieć 21 dni, natomiast ci, którym przysługuje teraz 26 dni wolnych, dostaną 27 dni urlopu.
Klub Lewicy zapowiedział, że poprze projekt ustawy w sprawie ustanowienia Święta Trzech Króli dniem wolnym tylko wtedy, gdy zostanie zaakceptowana zgłoszona przez lewicę poprawka. Posłowie Klubu Lewicy zwracają też uwagę na to, że po podpisaniu konkordatu z Watykanem w 1993 roku Kościół katolicki stał się bardziej uprzywilejowany od innych związków wyznaniowych w Polsce. Ponadto, według posłanki, ustanowienie Święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy wymagałoby dokonania zmiany umowy konkordatowej, co wiązałoby się z licznymi komplikacjami natury formalnej.
Wydaje się, że rozwiązanie zaproponowane przez Klub Lewicy jest korzystne dla wszystkich grup obywateli, stanowi ono rodzaj kompromisu pomiędzy postulatami katolików, innowierców i ateistów. Mimo to, szanse na zaakceptowanie tej poprawki nie są zbyt duże. Najprawdopodobniej pomysł Klubu Lewicy – mimo, że innowacyjny, nie zyska poparcia sejmowej większości. Wielu posłów uważa bowiem, że w Polsce jest zbyt dużo dni wolnych od pracy, przez co nasza gospodarka może rozwijać się gorzej, niż w innych krajach. Tego zdania jest część posłów z PO oraz cały klub PSL. Sejm ma się zająć obywatelskim projektem ustawy w sprawie święta Trzech Króli jeszcze dzisiaj – nie wiadomo, czy poprawki Klubu Lewicy zostaną zaakceptowane przez resztę posłów, jedno jest jednak pewne – dyskusja dotycząca Święta Trzech Króli na pewno będzie gorąca.
Zgodnie z przewidywaniami polityków w 2011 roku Polska będzie gotowa na przyjęcie euro. Europejska waluta ma wielu zwolenników w naszym kraju, nie brakuje jednak przeciwników, którzy uważają, że następstwem likwidacji złotego będzie znaczne zubożenie Polaków. Sceptycy spodziewają się dużego wzrostu cen żywności, który ma być nieproporcjonalny do wciąż niskich zarobków. Czy przeciwnicy wprowadzenia do Polski euro mają rację?
Możemy jedynie dywagować na ten temat, ponieważ jednoznaczną odpowiedź poznamy dopiero za kilka lat. Wszystko wskazuje jednak na to, że obawy sceptyków, dotyczące wprowadzenia europejskiej waluty są wyolbrzymione.
Jeśli przewidywania analityków okażą się słuszne, to w momencie przyjęcia przez Polskę euro, złoty powinien być silny. Jest to wyjątkowo optymistyczny scenariusz dla Polaków, ponieważ oznacza wzrost wynagrodzeń. Przy odrobinie szczęścia pensje mogą wzrosnąć nawet o ponad sto euro!
Wbrew pozorom podwyżki wynagrodzeń nie ucieszą wszystkich Polaków.Niezadowoleni będę przede wszystkim kredytobiorcy, ponieważ wraz z umocnienień się złotego, wzrosną koszty związane ze spłacaniem kredytów zawartych w rodzimej walucie. Takiej sytuacji możemy spodziewać się wtedy, gdy Rada Polityki Pieniężnej podwyższy wartość stóp procentowych, a następnie zbyt długo będzie zwlekać z ich obniżeniem. W najgorszym położeniu będą wtedy osoby, które zaciągnęły kredyty hipoteczne w złotówkach, natomiast kredytobiorcy spłacający pożyczki w innych walutach nie powinni mieć powodów do niepokoju.
Zmiana waluty może spowodować również wzrost cen żywności. Najbardziej podrożeć mogą produkty codziennego użytku, takie jak: mąka, mleko, masło, chleb, warzywa oraz owoce. Zdrożeją również bilety autobusowe, a także nieco droższe towary, takie jak bielizna, kosmetyki lub kawa, jednak w ich przypadku wzrost cen nie będzie aż tak widoczny. Podwyżki uderzą więc najbardziej w najuboższych, którzy swoje pensje przeznaczają głównie na produkty żywnościowe oraz inne, stosunkowo tanie artykuły.
Plany dotyczące wprowadzenia europejskiej waluty wzbudzają wśród Polaków wiele kontrowersji. Większość osób obawia się, że następstwem zmiany waluty będą zbyt duże podwyżki najbardziej niezbędnych do życia artykułów – przede wszystkim żywności. Inni z kolei z niepokojem myślą o spłacaniu pozaciąganych przez siebie kredytów hipotecznych. Najwięksi sceptycy są nawet zdania, że wzrosną ceny wszystkich artykułów, natomiast pensje Polaków będą jeszcze niższe, niż teraz. Wiele obaw jest bezpodstawnych, należy się jednak zgodzić z tymi opiniami, które dotyczą podwyżek w branży spożywczej lub związane są ze spłacaniem rat kredytów wziętych w złotych. Jeśli jednak koszty kredytu w złotych znacznie przewyższą Twoje możliwości finansowe, nie wahaj się długo, tylko zmień walutę, na przykład na franki lub na euro. Dzięki temu silny złoty nie spowoduje naliczenia wyższych rat kredytu.
Wydaje się, że wprowadzenie euro do Polski jest tylko kwestią czasu, warto więc zdawać sobie sprawę ze wszystkich plusów i minusów związanych ze zmianą waluty. Podwyższenie cen żywności będzie prawdopodobnie nieuniknione, pocieszające jest jednak to, że wraz ze wzrostem cen, wzrośnie również wysokość naszych pensji. Całkiem więc możliwe, że dzięki wyższemu wynagrodzeniu, nie odczujemy podwyżek tak boleśnie, jakby się można tego spodziewać. Prawdopodobny jest również scenariusz, który zakłada bardziej dynamiczny wzrost wynagrodzeń, niż towarów. Jedno jest pewne, zarówno nasze zarobki, jak i wydatki zależeć będą od tego jak silny będzie złoty w momencie zmiany waluty.