Dziś pierwszy maja – dzień od 1890 roku obchodzony w Polsce i na świecie jako Święto Pracy. Choć czasy się zmieniają i w naszym kraju nie praktykuje się już słynnych pochodów pierwszomajowych, dzień ten na stałe zagościł w kalendarzu świąt państwowych. Warto zastanowić się przy tej okazji - skąd pochodzi tradycja Święta Pracy i jak jest obchodzone współcześnie?
Pierwszy maja upamiętnia brutalnie zakończone strajki robotnicze w Chicago, które miały miejsce w 1886 roku. Robotnicy byli bardzo niezadowoleni ze złych warunków pracy, niskich zarobków, długiego, bo aż dwunastogodzinnego dnia pracy. Na fali ich protestów rozpoczęły się masowe zwolnienia, które pociągnęły za sobą wiec ruchu robotniczego, krwawo stłumiony. Już cztery lata później po raz pierwszy obchodzono Święto Pracy, będące wyrazem solidarności ludzi pracy – robotników.
W państwach komunistycznych świętowanie przybierało zwykle formę olbrzymich pochodów ludności, organizowanych przez władze państwowe. Choć to święto państwowe, wolne od pracy, w większości krajów, manifestacje i pochody pierwszomajowe nie zdarzają się już często. Można spotkać się z nimi na przykład w Indiach, Japonii, Chorwacji, Grecji czy - oczywiście - Rosji.
Tradycja PRL-u we współczesnej Polsce pozostaje już tylko wspomnieniem. Pierwszy maja, jako dzień wolny od pracy, jest obecnie doskonałą okazją do rodzinnych wyjazdów, majówek, wypoczynku na świeżym powietrzu. Ponieważ także trzeci maja – rocznica uchwalenia pierwszej w Europie, a drugiej na świecie nowoczesnej Konstytucji – to dzień wolny pracy, wielu Polaków chętnie korzysta ze sposobności wyjazdu na długi weekend. Tak długi, że czasem po wzięciu jednego lub dwóch wolnych dni – można mieć ponad tydzień bez pracy. Czy jednak, jak zwykle, tak wielu Polaków wyjedzie w tym czasie na mini-wakacje? Niewiadomo, tegoroczne Święto Pracy w wielu europejskich krajach upływa bowiem pod znakiem kryzysu gospodarczego. Praca - choć ma swoje święto na całym świecie - nadal nie wszędzie jest pewna i dostępna.
Na blogu niejednokrotnie pisaliśmy już o CV – zasadach jego tworzenia czy informacjach, które powinny się w nim znaleźć. „Tradycyjne”, pisemne CV stanowi podstawę i kartę przetargową niezbędną w czasie ubiegania się o pracę. Jednak nowoczesne trendy odciskają swoje piętno także na procesie rekrutacji. Choć to jeszcze niepopularne, można jednak dostrzec już w Polsce zjawisko nowoczesnego, filmowego CV.
Taka forma prezentacji kandydata przywędrowała do nas oczywiście z Zachodu. Pierwsze kroki filmowe CV stawiało w rekrutacji osób młodych na kreatywne stanowiska, prestiżowe staże czy w konkursach o stypendium. Wymogiem jest w takiej sytuacji przygotowanie krótkiego (co najwyżej trzy minutowego) materiału audiowizualnego, prezentującego kandydata. Ważne jednak, by nie przedstawiać suchych faktów, nie powielać informacji, które znajdują się zazwyczaj w tradycyjnym CV. Celem takiego filmiku jest więc ukazanie pasji kandydata, jego kreatywności, a także wykazanie się podstawowymi umiejętnościami, niezbędnymi do objęcia danego stanowiska.
Może być więc pomocny choćby w rekrutacji prezenterów telewizyjnych, dla których umiejętność „odnalezienia” się przed kamerą, swoboda wypowiedzi i atrakcyjny wizerunek są istotne. Czasem jednak mniej ważny jest wizerunek kandydata, a bardziej pomysłowość takiego filmowego CV. To szczególnie istotne przy rekrutacji na stanowiska, które wymagają kreatywności, niejednokrotnie także poczucia humoru (np. copywriter).
Z tym ostatnim nie można jednak przesadzać, granica między poczuciem humoru a ośmieszeniem bywa czasem cienka. Należy pamiętać także, że CV ma być formą autoprezentacji i autopromocji, a nie materiałem na galę Oscarową. Jego głównym zadaniem jest ciągle przekaz informacji o kandydacie.
Forma wideo-CV nie jest jeszcze w Polsce szczególnie rozpowszechniona i popularna. Może to być szansą dla tych, którzy zdecydują się na taką właśnie formę – bez wątpienia wyróżni się wśród setek papierowych CV i przyciągnie uwagę pracodawcy.
W niektórych Powiatowych Urzędach Pracy czy Biurach Karier przy wyższych uczelniach pojawiają się nawet specjalne kabiny z maszynami do nagrywania życiorysów w postaci filmowej. Niektórzy przechodzą obok nich sceptycznie, inni chętnie korzystają z tej nowinki technicznej. Kto wie, może kiedyś zastąpią one tradycyjne metody ubiegania się o pracę?
Studenci i absolwenci wyższych uczelni chętnie wybierają staże zawodowe, także te bezpłatne. Co powoduje, że w trakcie edukacji lub nawet po jej zakończeniu zamiast iść do pracy decydują się na szlifowanie swoich umiejętności jako stażyści?
Chyba najważniejszym powodem jest silna konkurencja na rynku pracy. Presja edukacji wyższej staje się coraz silniejsza, coraz łatwiej jest zdobyć tytuł licencjata czy magistra, nie jest on już tak „elitarny” jak dawniej. Niestety, czasem nie wiąże się również z konkretnymi umiejętnościami, które absolwent powinien zdobyć w trakcie nauki. Ten zalew magistrów wpływa także na zmianę oczekiwań pracodawców – „papierek” świadczący o ukończeniu studiów nie jest oczywiście nieistotny, ale coraz częściej liczy się doświadczenie, konkretne umiejętności.
Choć powiedzenie, że najbardziej poszukiwanymi pracownikami są ci dwudziesto-kilku letni z trzydziesto-kilkuletnim stażem jest nieco przerysowane, to tak naprawdę znajduje się w nim sporo prawdy. Studia dają podstawę teoretyczną, ale o praktykę niezbędną w przyszłej pracy najczęściej trzeba zatroszczyć się samemu. Obowiązkowe praktyki na studiach to jednak często za mało - w ciągu zaledwie kilku tygodni (bo tyle zazwyczaj trwają) nie jest łatwo wdrożyć się w funkcjonowanie instytucji, a co dopiero nauczyć się czegoś, co mogłoby przydać się w przyszłej pracy. Dlatego wielu młodych ludzi decyduje się na staże – niejednokrotnie nawet kosztem pracy dorywczej.
Jakie są zalety staży? Przede wszystkim – trwają dłużej (standardem są minimum trzy miesiące), co pozwala na przyjrzenie się pracy w interesującej nas dziedzinie bliżej i dokładniej niż przy okazji praktyk. Stwarzają możliwość wykorzystania zdobytej na studiach wiedzy, oferując równocześnie kształcenie umiejętności niezbędnych w danym fachu. Dzięki takiemu ukierunkowaniu na konkretne umiejętności i wykonywaniu określonych zadań, stażyści mają zazwyczaj możliwość realizowania odpowiedzialnych projektów samodzielnych lub zespołowych. Dla studenta czy świeżo upieczonego absolwenta to doskonała okazja do postawienia pierwszych kroków w zawodzie, a dla pracodawcy możliwość świeżego spojrzenia na różne problemy.
Czasem staż okazuje się także dobrą metodą rekrutacji pracowników. Zdarza się bowiem, że stażystom, którzy sprawdzą się i wykażą się potrzebnymi w danej branży umiejętnościami, proponowana jest dalsza współpraca. Oczywiście, nie zawsze kończy się on optymistycznie – przyjęciem stażysty. Jednak nabyte w trakcie stażu umiejętności dają dobrą pozycję wyjściową w staraniach o pracę i pewność, że po jej podjęciu będzie można sprostać zadaniom, dla których sama teoria nie wystarczy.
Ofert staży (także płatnych) jest całkiem sporo, a chętnych zawsze jeszcze więcej, rekrutacja przebiega najczęściej wieloetapowo, jak w przypadku starań o pracę. Warto jednak próbować, bo to dobra inwestycja we własną przyszłość.
Kilka tygodni przed Świętami Wielkanocnymi centra i galerie handlowe jeszcze bardziej niż zwykle zapełniają się klientami, świątecznymi gadżetami, promocjami i… bardzo wyjątkowymi ofertami pracy. Przed Wielkanocą obroty w handlu rosną o kilkanaście procent, podczas gdy przed Bożym Narodzeniem szacuje się ich wzrost aż o 20 – 30 procent. A to niejednokrotnie wymaga dodatkowych rąk do pracy.
Poszukiwany, poszukiwana
Niektóre sklepy, szczególnie te duże, specjalnie na okres przedświąteczny rekrutują dodatkowych pracowników obsługi klienta, kasjerów, czy osób pakujących świąteczne upominki. Przed Wielkanocą nie ma może aż takiego boomu na prezenty jak przed Bożym Narodzeniem, jednak i w tym okresie zdarza się rosnące zapotrzebowanie na pracę.
Zające i jajeczka
Na dodatkową pracę przed Świętami mogą liczyć hostessy. Zazwyczaj wymagana jest jednak szczególna charakteryzacja – przebranie ze świątecznym motywem. W sklepach można spotkać więc panie przebrane za zajączki, kurczaczki czy kolorowe pisanki. Wszystko po to, by wprowadzić atmosferę radosnego świętowania, a klientom przypomnieć, że najwyższy czas rozejrzeć się za prezentami. W grudniu furorę robią z kolei śnieżynki, elfy i – oczywiście – Mikołaje.
Zaproś zajączka do domu
Przebierańcy coraz częściej wychodzą ze sklepów – pojawiają się na przedświątecznych spotkaniach firmowych, w przedszkolach i szkołach, czy nawet w prywatnych domach. Taka objazdowa praca dostarczyciela prezentów jest bardzo opłacalna – za uśmiechnięte buzie maluchów obdarowanych prezentami rodzice są skłonni zapłacić nawet 100 złotych. Jak się okazuje, święta mogą być doskonałą okazją do tego, by dorobić „parę groszy”.
Kiedy znane twarze celebrytów „przejedzą się” konsumentom, a siła kojarzenia marki z popularną osobistością jest na wyczerpaniu, do akcji wkraczają oni – wirtualni ambasadorzy. Kto kryje się pod tą tajemniczą nazwą? Albo raczej – co?
Znani, lubiani, animowani
Romantyczny Serce i racjonalny Rozum – ten uroczy duet zna chyba każdy widz telewizyjny. Seria spotów reklamowych Grupy TP z ich udziałem robi furorę, profil na facebooku ma coraz to nowych fanów, a za maskotkami obrazującymi ich postaci szaleją nie tylko maluchy. To chyba najbardziej udany przykład wirtualnych ambasadorów na polskim rynku, pokazujący, że kreatywnością, świeżością i konsekwentnym realizowaniem dobrych pomysłów można zawojować rynek. Pierwszym krokiem do osiągnięcia zysków ze sprzedaży jest przecież zapisanie się w świadomości konsumentów, a Serce i Rozum zdają się czynić to wzorowo. Ich wizerunek i charakterystyczny, żartobliwy styl zyskały już sporo fanów.
Innym przykładem udanej kampanii z udziałem wirtualnego ambasadora mogą być spoty reklamowe Tesco. Szczególną sympatią widzów cieszy się główny jej bohater – pan Henio, który z charakterystyczną dla siebie swadą reklamuje najnowsze oferty sklepu. Postać ta tak spodobała się odbiorcom, że reklamy jego udziałem (podobnie jak w przypadku Serca i Rozumu) chętnie oglądane są także w internecie.
Przyszłość ambasadorów
Wydaje się, że fikcyjne postaci, wykreowane specjalnie na potrzeby promocji danej marki, są całkiem niezłym pomysłem. Przede wszystkim - w przeciwieństwie do człowieka – nie popełnią żadnej gafy, która mogłaby zagrozić reputacji marki. Jednak i tu – ambasador może okazać się nietrafiony – niewystarczająco charakterystyczny, zbyt mało zabawny, czy też łudząco podobny do „bohaterów” już istniejących. Ambasador wirtualny jest chyba nadal bardziej zaskakującą i nieprzewidywalną formą reklamy niż udział w kampanii celebryty. A element zaskoczenia jest w dzisiejszych czasach nieodzowny na rynku zalewanym przez setki towarów i usług, spośród których trzeba się umiejętnie wyróżnić.
Ambasador to zawód, który większości ludzi kojarzy się zapewne głównie ze stosunkami międzynarodowymi. Tymczasem to także coraz bardziej popularna fucha w marketingu. Niemalże każda marka posiada teraz swojego ambasadora, który jest jej twarzą i istotną formą promocji.
Ambasador marki to jednak nie „samoistny” zawód, nie może zostać nim każdy. Są nimi osoby powszechnie znane i rozpoznawalne – aktorzy, muzycy, ludzie mediów, celebryci. Dobrze, gdy przy tym cieszą się zaufaniem publicznym – są wtedy w swej pracy bardziej wiarygodni, co przekłada się oczywiście na wiarygodność, jaką klienci obdarzają reklamowane przez nich produkty, usługi czy akcje społeczne. Należy zadbać również o to, by wybrany ambasador był jak najbardziej „spójny” z wyznawanymi przez daną markę wartościami i wizerunkiem, który kreuje u odbiorców. Tylko na polskim rynku można wskazać całkiem sporo przykładów nietrafionych wyborów „twarzy”, przez które kampanie reklamowe nie odniosły takich spektakularnych sukcesów, jakich się spodziewano.
W pracy ambasadora marki niezwykle ważna jest również konsekwencja i „wierność” promowanym produktom czy usługom. Bardzo mile widziane i pozytywnie oddziałujące na konsumentów są na przykład sytuacje, w których ambasadorka perfum pachnie nimi na co dzień, a ambasador odzieży określonej firmy pojawia się w ich ubraniach publicznie. Wtedy dany produkt silnie kojarzony jest z konkretną osobą i odwrotnie – osoba przywołuje na myśl taki, a nie inny produkt, tę, a nie inną firmę.
Problemy zaczynają się, kiedy jedna osoba nie jest wyłącznym ambasadorem jednej marki, ale użycza swojej twarzy różnym firmom. Wtedy siła przekazu może zmaleć, a wiarygodność takiego ambasadora może się „rozmyć” – nie tylko wśród konsumentów, ale także w środowisku artystycznym, z którego się wywodzi.
Rola ambasadora stała się w ostatnich latach niezwykle popularna, opiera się na nim prawie każda kampania reklamowa, przez co zatracił się bodaj najważniejszy element – innowacyjność i atrakcyjność przekazu. Konsumenci mogą odnieść wrażenie, że wszystko już było, a kolejne rekomendacje znanych osób stają się sztuczne i wtórne. By zapobiec takiemu wrażeniu – wprowadza się nową jakość – ambasadorów wirtualnych. O tym niezwykle ciekawym fenomenie będzie można przeczytać na blogu już niedługo.
Studia dzienne na publicznych uczelniach były, są i pozostaną darmowe, jednak tylko dla osób podejmujących jeden kierunek. Za drugi i każdy następny, zgodnie z nową ustawą, trzeba będzie już zapłacić. Na szczęście dla studentów - powodu błędnego zapisu w ustawie – jeszcze nie w zbliżającym się roku akademickim.
Po co opłaty?
Ministerstwo Nauki oceniło, że zbyt wielu studentów nie dostaje się na studia tylko dlatego, że ich miejsce zajmuje ktoś, dla kogo dany fakultet jest już którymś z kolei. Jak wynika z najnowszych danych, na państwowych uczelniach studiuje za darmo prawie 860 tysięcy, z czego około 60 tysięcy – przynajmniej na dwóch kierunkach. Zdaniem minister Barbary Kudryckiej, na bezpłatne studia dostają się najczęściej te osoby, które byłoby stać nawet na płatne studia, osiągając dobre wyniki na maturze dzięki płatnym korepetycjom. Studenci burzą się jednak na ten argument, uważając, że nowa ustawa godzi w tych najbardziej ambitnych, którzy chcą kształcić się wszechstronnie i zapewnić sobie lepszy start na rynku pracy.
Kto zapłaci?
Zgodnie z ustawą, która weszła w życie z początkiem tego roku, za naukę zapłacą oczywiście studenci uczelni prywatnych, studenci zaoczni, ale także ci, którzy zdecydują się na uczęszczanie na więcej niż jeden kierunek. Pierwszy mogą realizować za darmo, jednak za każdy kolejny będą musieli zapłacić. Jeszcze nie wiadomo ile, bo uczelnie nie ogłosiły „cenników”. Dotyczy to zarówno tych, którzy studiują równolegle, jak i tych, którzy na drugie studia zdecydują się dopiero po zakończeniu pierwszych. Jedynie 10 procent najlepszych studentów każdej uczelni będzie miało możliwość wyboru drugiego fakultetu za darmo. Pojawiła się jednak szansa na bezpłatny drugi kierunek dla tych, którzy jeszcze nie podjęli takiej decyzji, a ich wyniki w nauce nie klasyfikują ich do najlepszych 10 procent. Na początku lutego tego roku Parlament Studentów zauważył błędny zapis w ustawie. Nie ma ona dotyczyć jeszcze roku akademickiego 2011/2012, a ci, którzy teraz podejmą decyzję o rozpoczęciu nauki na kolejnym kierunku – naukę rozpoczną na nowo w październiku, ale decyzję o ich przyjęciu dostaną jeszcze w roku akademickim 2011/2012, staną się wiec studentami przed rozpoczęciem obowiązywania reformy. Z pewnością wielu studentów tę szansę wykorzysta.
Odkąd odkryto marketingową moc Internetu, nie ma chyba firmy czy instytucji, która nie posiadałaby własnej strony internetowej, to już standard. Coś, co jeszcze kilkanaście lat temu było innowacyjne i rzadko spotykane, dziś jest czymś oczywistym. Naturalną koleją rzeczy jest więc poszukiwanie przez firmy kolejnych niebanalnych rozwiązań komunikacyjnych, swojego miejsca w sieci. Bo nie wystarczy już zamieszczenie reklamy w Internecie czy auto-promocja poprzez stronę internetową. W dzisiejszych czasach potrzebne są kolejne, znacznie bardziej kompleksowe rozwiązania
Era Facebooka
Przełomem w dziedzinie komunikacji w Internecie stał się portal społecznościowy Facebook. Dzięki niemu można „mieć na oku” swoich znajomych, a także informować ich choćby o tym, co się w danej chwili robi. Niby takie proste, a daje ogromne możliwości. Jak się okazuje – także marketingowe, co skrupulatnie wykorzystują miliony firm i instytucji. Poprzez prowadzenie profilu na Facebooku mogą docierać do swoich klientów – tych rzeczywistych i tych potencjalnych. Mogą także docierać także do ich znajomych, znajomych ich znajomych… A wszystko to dzięki sprawnemu opanowaniu podstawowych narzędzi komunikacji: prowadzeniu dyskusji na „chwytliwy” temat czy organizowaniu konkursów – na przykład takich, w których jak najwięcej osób musi coś „polubić”, a dzięki temu – zacząć obserwować firmowy profil.
Era Twittera?
Czy sukces ten powtórzy także Twitter, inny serwis społecznościowy, będący równocześnie tzw. mikroblogiem? Twórcy tego serwisu (dostępnego od niedawna także w języku polskim) proponują: „Dowiedz się co się teraz dzieje u ludzi, na których Ci zależy i czym zajmują się firmy, którymi się interesujesz”. Rzeczywiście, wiele osób prywatnych, jak i firm posiada tam swoje konto – w swoje szóste urodziny, 21 marca tego roku, Twitter miał 140 milionów użytkowników. Jednak nadal jest to liczba stosunkowo niewielka w porównaniu z Facebookiem, który pod koniec lutego roku mógł pochwalić się 845 milionami użytkowników. Wiele firm nie „ćwierka” (z angielskiego „tweet” oznacza ćwierkanie, a logo serwisu to charakterystyczny niebieski ptak), bo nie wie, jak w 140 znakach zmieścić auto-reklamę. Tymczasem metod jest wiele, można – podobnie jak na Facebooku – zamieszczać linki (na przykład do informacji pojawiających się w mediach o danej firmie bądź instytucji), zdjęcia, informować o działaniach, czy po prostu inicjować dyskusje z konsumentami. Jakie są zalety Twittera, które sprawiają, że coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się na prowadzenie konta równolegle z kontem na popularnym „Fejsie”? Przede wszystkim – warto być wszędzie tam, gdzie jest wielu ludzi - potencjalnych klientów. Twitter pozwala być może łatwiej do nich dotrzeć dzięki takim opcjom jak „Top Tweets” – wiadomości, które użytkownicy najczęściej umieścili na swoich profilach za pomocą funkcji „Retweet”, „Worldwide trends” czyli najpopularniejsze „tagi” umieszczane w wiadomościach (tagiem może być towolne słowo). Pomocna może być też opcja odnajdywania podobnych użytkowników – takich, którzy obserwują (lub są obserwowani przez) kilka takich samych osób jak my. Pozwala to dotrzeć do kolejnych adresatów naszego przekazu marketingowego. Czy Twitter okaże się sukcesem na miarę Facebooka – czas pokaże.
Świadczenia podstawowe i dodatkowe na godnym poziomie, dobre warunki pracy, propozycje szkoleń, umożliwianie rozwoju kariery zawodowej, wysoka kultura organizacyjna firmy – to wyznaczniki decydujące o przyznaniu prestiżowego certyfikatu Top Employers dla najlepszych pracodawców.
Najlepsi w Polsce
W zeszłym tygodniu ogłoszono wyniki badania Top Emloyers, które odbyło się w Polsce już po raz trzeci. Jego celem jest dostrzeżenie i pokazanie na rynku firm przyjaznych dla pracownika, o najwyższych standardach w dziedzinie Human Resources. Instytut CRF, który organizuje to badanie, w polskiej edycji wyróżnił w tym roku aż 32 firmy. Trzy z nich otrzymały certyfikat także w skali Europy (certyfikat Top Emloyers Europe mogą otrzymać firmy, które otrzymały to wyróżnienie w co najmniej pięciu krajach, w których działają).
Jak to zrobić?
Aby otrzymać certyfikat najlepszego pracodawcy, trzeba przejść przez wielofazowy proces badania. Instytut CRF najpierw analizuje rynek pracy – w szczególności pod kątem zarządzania zasobami ludzkimi. Na tej podstawie przygotowywana jest lista firm kwalifikujących się do otrzymania certyfikatu na podstawie wysokich standardów HR. W ocenie brane są pod uwagę rozmaite czynniki, takie jak wynagrodzenia pieniężne i niematerialne (w tym na przykład dodatki urlopowe), warunki pracy (elastyczne godziny, jakość wewnętrznej komunikacji, samopoczucie pracowników). Istotnym elementem jest także dostępność szkoleń i ich przydatność dla rozwoju umiejętności cennych w danej branży czy na określonych stanowiskach oraz otwarcie na rozwój kariery zawodowej pracowników. Niemniej ważna jest organizacja firmy; wartości, do których dąży czy działania realizowane w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu. Metodą badań są, obok analizy danych, wywiady z kadrą zarządzającą i oczywiście – pracownikami firmy.
Bycie „naj” zobowiązuje
Świadomość przynależności do grona najlepszych nie ma oznaczać dla pracodawców spoczęcia na laurach. Bycie liderem oznacza ciągłe dążenie do doskonałości, wyznaczanie pozytywnych standardów, pokazywanie innym dobrych kierunków i możliwości poprawienia warunków pracy. Każdy pracodawca ma szansę otrzymać ten cenny certyfikat – kolejna edycja już za rok.
Pracownicy przenoszący się z całymi rodzinami z jednego końca kraju na drugi, by objąć nowe stanowisko – to obrazek bardzo dobrze nam znany z amerykańskich filmów. Takie przeprowadzki „za pracą” są częste nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Jednak coraz częściej zmiana miejsca pracy nie musi nieodłącznie wiązać się ze zmianą miejsca zamieszkania. Rozwinięta infrastruktura komunikacyjna niejednokrotnie sprawia, że pracownicy decydują się dojeżdżać do pracy.
Dojeżdżanie do pracy coraz rzadziej traktowane jest jako problem, decyzja ta podejmowana jest przez wielu ludzi świadomie. Także w Polsce ludzie coraz chętniej osiedlają się w małych, spokojnych miejscowościach na przedmieściach dużych miast – ośrodków pracy. Ciągły rozwój aglomeracji miejskich sprawia jednak, że takie „sypialnie” wielkich miast są bardzo dobrze skomunikowane i niemalże zintegrowane z obszarem miejskim.
W świetle najświeższych Badań Aktywności Ekonomicznej Ludności, odsetek osób dojeżdżających do pracy wynosi prawie 65%. W większości są to ludzie młodzi (70% osób z grupy dojeżdżających nie przekroczyła 34 roku życia). Jak zauważono, mobilność może zależeć także od poziomu wykształcenia – najbardziej skłonne do codziennych podróży do pracy są osoby posiadające wykształcenie wyższe.
Choć Polska nadal zostaje daleko w tyle za krajami Europy Zachodniej, można zaobserwować wzrost liczby osób decydujących się na dojeżdżanie do pracy. Przyczyny może być wiele, jednak do najistotniejszych należą prawdopodobnie te ekonomiczne. Zazwyczaj mieszkanie w mieście, a szczególnie w jego centrum, gdzie przeważnie mieści się znaczna część stanowisk pracy, jest bardzo kosztowne. Z drugiej strony – praca w mniejszych miejscowościach, nawet jeśli bliższa miejsca zamieszkania, może bywać mniej dochodowa, a na pewno – mniej zróżnicowana w stosunku do dużych miast, będących centrami usług czy przemysłu.
Każdy, kto zna sytuację na rynku pracy wie, że jeśli trafi się nam ciekawa oferta – nawet jeśli w innej miejscowości – nie należy wybrzydzać i od razu rezygnować. Warto zastanowić się nad dojeżdżaniem, rozważając wszystkie plusy (większa możliwość pracy w dużych miastach), jak i minusy (koszty podróży i potrzebny na dotarcie do pracy czas).